poniedziałek, 24 września 2012

kasztany


przechodzę pod kasztanowcem codziennie w drodze do pracy.
zbieram kasztany leżące na ziemi i przynoszę do biura.

układam wokół komputera
jeden, dwa, trzy.
kilka kasztanów ma już zeschnięte łupiny,
ten, który przyniosłam dzisiaj błyszczy
zuchwale i nieprzyzwoicie.

pierwszy w tym roku kasztan znalazłam
w połowie sierpnia. wcześniak.
pękał z dumy w za ciasnym ubranku.
spod zielonych kolców wyłaniał się rudobrązowy brzuszek.
był mały jak orzeszek laskowy.

nie lubię prac ręcznych.
nie lubię tworzyć kasztanowych ludków.
nie lubię patrzyć na ich rozłupane główki.

widok nabitych na zapałki kasztanów
przeraża mnie i napawa smutkiem.

kasztan sam w sobie jest idealny,
nie potrzebuje dodatkowych obręczy, nakładek,
ozdób, makijażu.

owoc kasztanowca ma kolor jesieni,
nieregularny, intrygujący kształt
i tajemniczą gładkość.

trzymam go w dłoni i czuję
jak jaśnieje jego delikatna skóra,
jak bije mu serce,
słyszę jak szepcze coś w niezrozumiałym języku,
jak tęskni.