niedziela, 30 września 2012
mechanik
samochód, którym jeżdżę ma tyle lat co moje dzieci.
dla auta to wiek dojrzały.
i jak to w tym wieku się zdarza niespodziewane
problemy natury technicznej są na porządku dziennym.
kłęby dymu spod maski to coś do czego
powinien przyzwyczaić się właściciel starego samochodu.
dym kłębiący się wokół naszego auta zauważyliśmy wieczorem
daleko od domu, w miasteczku o wdzięcznej nazwie Myszków.
miasteczko, malutkie, bez rynku, z kilkoma zadbanymi uliczkami,
jedną stacją benzynową i czynnym supermarketem.
jego nazwa skojarzyła mi się z ulubioną postacią Idioty Dostojewskiego,
głównym bohaterem - księciem Myszkinem.
wlanie płynu do chłodnicy przyniosło autu niewielką ulgę,
poprawa stanu nie nastąpiła.
wezwaliśmy mechanika. niedziela wieczór.
przyjeżdża młody człowiek.
sprawdza, wlewa, naciska, podświetla, wyjaśnia,
opowiada, radzi, zapewnia, wyciera, tłumaczy.
auto rusza uspokojone jego łagodnym pogodnym głosem.
zrozumiało, że dalsza pomoc będzie czekać nań w domu,
a do domu dojedzie cało i bezpiecznie.
za tę gotowość pomocy,
za wykonanie kilku czynności pod maską,
za zaproszenie do warsztatu,
za poświęcenie naszemu pojazdowi pół godziny,
Pan Mechanik nie chciał w zamian nic.
nic.
zupełnie nieznane w obecnym świecie określenie gratis.
to nic to jakby wszystko.
mamy wszystko czego potrzebujemy.
wszystko czego potrzebujemy to świadomość,
jacy szczęśliwi na prawdę jesteśmy.
jestem szczęśliwa i wiem, że Pan Mechanik także.