piątek, 12 października 2012

pączek


Pani A. wyznała wczoraj,
że przed wyjazdem z naszego kraju chciałaby zjeść pączka,
ma na niego ogromną ochotę, musi go zjeść i już.
tam gdzie mieszka,
pączki nie przypominają polskich,
nie mają szczególnego smaku
w ogóle, nie są warte tego miana.

zaraz po pracy pobiegłam do cukierni po te kuliste ciastka.
nie dlatego, żebym chciała aby Pani A. szybko wyjechała.
chciałam, żeby ziścił się jej pączkowy sen,
żeby czekała na nią na stole cała misa pączków,
z nadzieniem różanym.
żeby mogła się nimi najeść do syta,
żeby było jej słodko i przyjemnie,
a delikatny zapach róż unosił się nad stołem.

w cukierni pączków nie było.
sprzedawczyni bezradnie rozłożyła ręce,
za późno na pączki - odrzekła.
pobiegłam do następnej, kilka kroków dalej.
niestety. i tam po pączkach ani śladu.

zrozumiałam, że
w dobrych cukierniach po południu nie ma już pączków.

na szczęście były bezy,
ptysie z bitą śmietaną,
ciasto włoskie (murzynek z płatkami migdałowymi),
i ciasto truflowe.

kupiłam wszystkie.

ptysie z bitą śmietaną były nieduże,
w sam raz na jeden raz do ust.
świeże, z rozkosznie wypływającą białą śmietaną.
w torebce było ich kilkanaście,
w drodze do domu zjadłam wszystkie.

bezy były równie niewielkie i ślicznie białe.
nie mogłam się im oprzeć.
przy wieczornej herbacie pochłonęłam większość z nich.

Pani A. skosztowała najmniejszy kawałek brązowego ciasta.
nie skusiła się na więcej.
może nie zachwyciły jej lokalne wypieki,
może przeliczała kalorie,
a może w tęsknocie za pączkami z różą,
wspominała ich niezrównany zapach i smak,
i przyjemność, którą znajdowała w ich jedzeniu,
zastanawiając się w duchu gdzie mogłaby kupić te najlepsze.