niedziela, 30 grudnia 2012

Adasiowe


dawno nic nie piekłam.

święta pachną wypiekami,
ale moim numerem popisowym jest tiramisu,
którego się nie piecze.

czas w kuchni ograniczam do minimum,
co uzasadnia zamiłowanie do surowizny i potraw nie wymagających gotowania.

surowe można jeść bez przygotowania,
wystarczy umyć albo obrać, zatopić weń zęby,
aby poczuć najlepsze ze smaków.

ale mam też wspomnienia z dzieciństwa,
jak piekłam z Mamą ciasta w każdą sobotę,
piaskowe baby, keksy i murzynki.

pamiętam tę satysfakcję ze wspólnie wykonywanej czynności,
radość z efektu, smakowanie chwili,
coś na wzór rytuału, podobnego do tego jakim było wspólne z Mamą picie coca-coli w piątkowe popołudnia. ze szklanych butelek, przy kuchennym stole.

teraz do tych wspomnień wracam,
bo czytam książkę Córki, które zostały bez matki Hope Edelman.
przeżywam i układam na nowo myśli i wspomnienia.

więc jak dostałam przepis od Adasia, zaprzyjaźnionego nastolatka z Francji,
wraz z głównym składnikiem - mielonymi migdałami w woreczku,
uznałam, że należy go wykorzystać i zrobić coś ambitniejszego niż włączenie blendera.
tym bardziej, że przepis należy do tych łatwych.

przygotowanie ciasta ogranicza się do kilku czynności i zajmuje parę minut,
samo pieczenie kilkanaście.

Adasiowe ciasto upiekłyśmy z Młodą dwukrotnie dzień po dniu.
za każdym razem trochę zmieniając proporcje,
a nawet dodając składniki.

za drugim razem mielone migdały wzbogaciłyśmy mielonymi orzechami.
do tego jajka, mąka, masło, cukier.

uzyskany efekt był bardzo smaczny i bardzo świąteczny.
mnie najbardziej cieszy odkrycie mielonych migdałów i orzechów jako gotowego półproduktu.
nie miałam pojęcia o ich istnieniu.
co za miłe zaskoczenie.

grudniowe uświątecznienie przeszło też w kierunku ufilmowienia.
ufilmowałam się z Młodym na Samsarze
i z Młodą na Kochankach z Księżyca.

całkiem niezłe filmy, szczególnie ten ostatni.