piątek, 21 czerwca 2013
lokal
marzy mi się vegelokal, albo lepiej sieć lokali
w każdym mieście po kilka.
wnętrze - tonące w roślinach, taki zielony ogród.
światło - jak najdłużej naturalne.
na ścianach - wystawy obrazów i fotografii,
wieczorem - wyświetlane wiersze.
w tle muzyka Ólafur Arnalds.
menu najprostsze z możliwych, potrawy naszych dziadków,
jednoskładnikowe.
śniadanie:
jajka na miękko i na twardo, jajecznica
biały ser,
chleb żytni razowy z masłem,
kawa zbożowa i naturalna.
obiad:
zupa codziennie inna, tzw. zupa dnia
(latem obowiązkowy chłodnik na maślance i gazpacho),
ziemniaki z masłem albo smażone,
placki ziemniaczane,
kasza gryczana z masłem i kefirem,
placki kukurydziane,
pierogi leniwe, z jagodami i ze szpinakiem.
do tego surowizny w różnych postaciach i konfiguracjach:
jabłka, truskawki, maliny, poziomki, jagody
z dodatkiem śmietany lub bez,
kupowane na kubki, miseczki, misy
(chciałabym po prostu wejść do tego lokalu,
usiąść w wygodnym fotelu i zjeść kilo świeżych truskawek),
szejki z owoców i warzyw.
wszystko dobrej jakości i tanie.
to główna idea tego przedsięwzięcia,
żeby zdrowe nie znaczyło drogie,
żeby zdrowe pożywienie było powszechnie dostępne,
żeby odwiedzenie tego miejsca dawało ludziom coś więcej niż
zaspokojenie głodu, aby otwierało na świat,
na roślinność, na poezję, na muzykę.
miesiąc później:
kolejny warunek konieczny - oprócz foteli dla wygodnych -
strefa z miękkimi dywanami do siedzenia po turecku,
w kucki lub innej w równie odprężającej pozycji,
w której nogi byłyby na poziomie ciała.
nic mnie tak nie męczy jak popołudniowe lub wieczorne
wyjście do restauracji, w której obute nogi ciężko
wiszą pod stołem jak zbędne i nieprzydatne protezy.