poniedziałek, 24 czerwca 2013

obraz


po trzech latach westchnień i pragnień,
obraz Henri Nabole z Burkina Faso znalazł się w moim domu.

na prace tego artysty zwróciła uwagę Młoda
podczas zwiedzania wystawy malarstwa naiwnego.
były prawie niewidoczne, wystawione za rogiem w drugiej sali,
w miejscu bynajmniej nie reprezentacyjnym.

to było jak miłość od pierwszego wejrzenia.

to, co zauroczyło Młodą w malarstwie Nabole,
to prawdziwa afryka, czarna i życie najbiedniejszych,
przedstawione w zaskakujących detalach,
do tego nieomal każdy jego obraz wieńczą francuskie napisy,
więc głębszy odbiór umożliwia ukochany język.

Nabole, jest synem wodza plemiennego.
mieszka w kraju usytuowanym gdzieś pomiędzy Nigerią i Ghaną,
zwanym dawniej Górną Woltą.
od trzydziestu lat kraj ten nosi nazwę Burkina Faso,
nadaną mu przez prezydenta, co znaczy
kraj prawych ludzi w językach mossi i diula,
którymi posługują się rdzenni mieszkańcy.
to piękna nazwa.
ale jak pokazują obrazy Henri Nabole życie w Burkina Faso toczy się
jak w każdym innym kraju, wypełnia je głównie praca,
mężczyźni piją alkohol na umór, a jak piją to wymiotują,
i śpią na ulicach, nieświadomi tego co się dzieje.
jednego nie zobaczy się na obrazach Nabole.
żadna z postaci nie czyta książek, ani gazet,
bo mało kto potrafi czytać w tym kraju.
wskaźnik analfabetyzmu wynosi ponad 70%
i jest najwyższy na świecie.





chciałabym żyć w kraju, którego nazwa byłaby wskazówką,
kierunkowskazem, potwierdzeniem, utwierdzającym mnie
w przekonaniu, że właśnie w tym kraju powinnam zamieszkać,
że dokładnie w nim jest moje miejsce.

do zamieszkania wybrałabym kraj ludzi dobrych,
kraj marzycieli lub kraj poetów.
wakacje spędzałabym w kraju mędrców, miłośników sztuki
i filozofów, by zbliżyć się do prawdy.

w kraju istot oświeconych, chętnie zamieszkałabym u schyłku swego życia.

zastanawiam jaką nazwę nadałby Polsce nasz prezydent,
gdyby przyszło mu to do głowy.