wtorek, 4 czerwca 2013
pamiętnik
od tygodnia piszę pamiętnik z życia biurowego.
dzień za dniem notuję parę zdań o wydarzeniach,
może nie najistotniejszych ale oddających chwilę,
to coś co sprawia, że dzień jest właśnie tym,
a nie innym dniem.
szkoda zostawić te pracowite dni bez komentarza.
myślałyśmy już o tym dawno z Panią R.
wymyślałyśmy nawet tytuły prasowych notatek,
jak np. Sławni mimochodem,
gdy jakieś błahe niespodziewane wydarzenie
doprowadziło do medialnej burzy.
odkąd nie ma Pani R. w moim dziale,
nie mam swojej dawki piętnastu minut śmiechu dziennie.
na biurku nie czekają na mnie surowe marchewki,
świeże owoce i bułeczki.
nie degustuję już zielonych herbat z dodatkiem malin i owoców pigwy,
nie mogę też zawierzyć ani uwierzyć.
nie mam z kim prowadzić rozmów banalnych i głębokich zarazem,
szczerych i wykraczających poza ramy służbowych obowiązków.
jako nastolatka przez kilka lat pisałam pamiętnik.
mam głęboko schowane cztery zapisane zeszyty,
z których pierwszy zaczęłam pisać jako trzynastolatka.
pełno w nich lakonicznych zapisków o tym co się zdarzyło
i z kim się spotkałam.
ale są też opisy stanów emocjonalnych,
w których dzięki znajomym słowom odnajduję siebie dawną, dziecięcą.
przez kilka lat pisałam też dziennik snów,
co było bardzo ciekawym doświadczeniem.
gdy zaczynałam zapisywanie snów,
z trudem przypominałam sobie senny wątek.
wystarczyło otwarcie oczu lub automatyczny ruch ciała by,
sny znikały jak płatki śniegu, które padły na ciepłą dłoń.
z czasem nabrałam takiej wprawy,
że potrafiłam zapisywać sen za snem.
każdy kolejny zanotowany w zeszycie otwierał drzwi do poprzedniego.
i tak wspomnienie snów z jednej nocy zajmowało kilka kart a4.
potem nadawałam snom tytuły i analizowałam ich sens.
czasem w jakiś zagmatwany sposób odnosiły się do rzeczywistości.
czasem dopiero po latach odkrywałam, że były prorocze.
nie twierdzę, że koniecznie trzeba pisać.
o nie. raczej twierdzę, że można.
że pisanie nawet takie niewielkie,
jak nadawanie tytułu mijającemu dniu, przynosi dużo radości.