środa, 18 września 2013

blizna


mam na sobie pół metra blizn,
z czego najwięcej na prawej nodze.
lubię moje blizny.
nigdy się ich nie wstydziłam.
chodzę z gołymi nogami w krótkich spodniach
i niezakrywających kolan spódnicach,
nie stosuję żadnych terapii niwelujących blizny.

krótko po operacji był czas, że
chciałam przykryć blizny tatuażem.
szczególnie, tę wokół kostki,
która jest najwidoczniejsza.
zmieniłam zdanie, gdy przeczytałam
historię opisaną przez Cejrowskiego.
bo blizny robią wielkie wrażenie na Indianach.
w ich mniemaniu człowiek, który nosi na ciele ślady tak
ciężkich przeżyć, musi być obdarzony Wielką Mocą.

zwyczajna blizna bywała dla podróżnika często przepustką
na tereny zamknięte dla białych,
kartą wstępu na sekretne indiańskie obrzędy,
pogrzeby, porody, odczynianie uroków -
wszystko to czego nie pokazuje się obcym.

co ciekawe Indianie prosili podróżnika,
żeby nigdy przy nich nie zdejmował koszuli,
bo na Wielką Moc niebezpiecznie jest patrzeć.
w dodatku ich szaman stwierdził, że człowiek przecięty
w taki sposób nigdy się nie zrasta.
tylko umiera.
a jeśli jeszcze nie umarł, to znaczy,
że był znacznie silniejszy
od tego, co chciało go skrzywdzić.

czuję, że z bliznami jestem silniejsza niż bez nich.