czwartek, 3 października 2013

matka


po pracy poszłam do parku.

w jesiennym słońcu jadłam słodkie winogrona,
które przyniosłam z domu.

siedzenie w słońcu o każdej porze roku to moje ulubione zajęcie.
najprostsze dolce far niente, słodkie nic nie robienie.
to też mój ulubiony sposób zakończenia dnia pracy.
równie fajny jak szybka przejażdżka samochodem z Panią E.
(startujemy jak rajdowcy z biurowego parkingu,
najważniejsze znaleźć się przed innymi autami)
i krótka wymiana zdań, o tym co się wydarzyło.

siedziałam na ławce i myślałam o matce, która straciła
młodziutką córkę pokonaną przez białaczkę.
myślałam o jej bólu,
o tym jak niewyobrażalnie wielki ciężar nosi teraz w sobie,
co za nieludzkie cierpienie,
do udźwignięcia którego trzeba siłacza, mitycznego herkulesa,
giganta, bo żadna matka temu bólowi nie da rady,
nie podoła ani dziesięć matek.

chciałabym zdjąć z niej choć trochę tego bólu,
żeby przez moment poczuła się jak dawniej,
bez obezwładniającego brzemienia,
żeby zdołała zobaczyć świat taki jaki jest,
żeby ze spokoju tej chwili mogła zaczerpnąć energię
do dalszego życia, które toczyć się będzie.
to życie też będzie dobrym. na pewno.
po pewnym czasie odzyska swoje piękno,
gdy wyleją się wszystkie łzy i zagoją rany,
gdy myśli ułożą się równo jak źdźbła trawy.

właśnie zadzwoniła z francji moja Córka.
skończyła kolację, którą tamtejszym zwyczajem
zaczynają o dziewiątej.