piątek, 25 kwietnia 2014

nowalijki


zajadam się zielonością cukinii, kiwi, świeżych i kiszonych ogórków, skończył się post pory zimowej, wymuszony przez naturę, jedyny ważny, nie ustanowiony nakazem religijnym, ten katolicki dla mnie, wegetarianki, jest niezrozumiały, niewłaściwe wydaje mi się zalecanie niejedzenia mięsa tylko raz w tygodniu, dlaczego raz, proporcje powinny być odwrócone, kościół winien zalecać powstrzymywanie się od mięsa przez cały tydzień, nie tylko ten wielki, i nie traktować tego jako wyrzeczenie, ale jako obowiązek wobec siebie i przyrody, czy to aby nie św. Franciszek nazwał zwierzęta mniejszymi braćmi, więc wbijam zęby w rzodkiewki, pomidory, pomarańcze, stęskniona smakiem, delektuję się czerwienią, na talerzu dwie kromki chleba razowego z ziarnami słonecznika (spadek od Pani L., która na jednodniowym urlopie) posmarowane masłem i pastą z zielonych oliwek, obok grube plastry kiwi, surowego ogórka, w kawałkach twarda łodyga selera, gryzę, chrupię, napawam się, w drodze do domu wypatruję żółcieni i różu w trawie i na drzewach, na lekcji jogi ćwiczy przede mną nowa uczennica, spod mocno wyciętej koszulki wyłania się na prawym barku i plecach barwny tatuaż, z kwiatami i zegarem, który wskazuje wpół do drugiej, zastanawiam się czy to godzina jej urodzenia czy chwila objawionej miłości.