poniedziałek, 7 lipca 2014
falafel
wino pociekło po duszy schodów, różowa malwa wystrzeliła z żywopłotu na wysokość dwóch metrów, Młoda szacuje, że pięć martwych gołębi widziała na ulicach w tym tygodniu, jej zdaniem nie giną one pod kołami samochodów. obok sklepiku arabskiego otwarto bar gdzie serwuje się kebab i inne orientalne dania. sprzedawca-kucharz niewiele mówi po polsku - od dziesiątej do dziesiątej - odpowiada na pytanie o godziny otwarcia, żeby wyjaśnić że w niedzielę lokal czynny jest od drugiej przechodzi na angielski. biorę falafel wegetariański. proszę mówić wolniej - wtrąca z rozbrajającym uśmiechem. czas oczekiwania kilka minut, przygrzewany jest wkład czyli smażone kotleciki z cieciorki i warzyw. w internecie wyszukuję male czyli buddyjskie różańce, szczególnie podobają mi się te do noszenia na rękę jak bransoletki z półszlachetnych kamieni o tajemniczych nazwach. Przyjaciółka mówi, że pójdę do nieba, na mój śmiech, odpowiada zapewnieniem że wpuści mnie specjalnymi schodkami.