sobota, 19 lipca 2014

łożysko


z mojej dzielnicy zniknęły wróble, jaskółki, kruki, gawrony. królują niepodzielnie miejskie gołębie. zdarzają się jeszcze gdzieniegdzie niewielkie gromady srok. w sieciowym spożywczaku znalazłam wreszcie jarmuż. woreczek pociętych liści kosztuje 5 złotych. z garści malachitowych liści, kawałków arbuza i trzech fig przygotowałam szejka. kompozycja stała się zjadliwa dopiero po dodaniu dojrzałej brzoskwini. najbardziej smakowały mi w niej zmielone pestki arbuza (pigułko z arbuza, ja nie chcę być duża, przypomniało mi się). na wystawie malarstwa naiwnego oddałam głos na Mohameda Ch., malarza z Tanzanii, którego obraz kupiłam, płótna nie mogłam zabrać ze sobą, musi wisieć do końca ekspozycji, wyobrażam więc sobie gdzie zawiśnie gdy je w końcu przywiozę do domu, zapewne nad biurkiem obok wyrzeźbionej w jasnym drewnie litery om. w telewizji oglądałam film dokumentalny o kobietach, które zjadają swoje łożyska. ma to im dodać energii po porodzie, poprawiać nastrój, ułatwiać szybki powrót do formy i stymulować produkcję mleka. podobno spożycie łożyska obniża u młodych mam także ryzyko pojawienia się poporodowej depresji. w tym właśnie celu zjadła swoje łożysko bohaterka filmu, cierpiąca na depresję i zaburzenia psychiczne. łożysko można jeść na surowo, lub w formie sproszkowanej jako tabletki. pomyślałam jak dobrze, że nie stoję już przed pytaniem zjeść czy nie zjeść, bo to musi być trudny wybór, szczególnie dla wegetarianek.