wtorek, 23 września 2014

dworek


na wykładzie: niezwykłe popisy elokwencji i erudycji, jakich nie widziałam i nie słyszałam jeszcze na żywo, niestety wyłącznie w wydaniu męskim, kilkanaście kobiet przysłuchiwało się wyczynom z widowni, traktaty odczyty eseje wiersze cytaty, głos zabierają profesorowie autorzy a w końcu arcybiskup, drugi prelegent zaczyna od Arystotelesa pytaniami kto robi co robi gdzie robi, my żydzi jesteśmy stworzeni z wielu kawałków, w ekstazie od wschodu do zachodu słońca, ta która zna dobrą radę, pisanie jest groźne, słowo jest sprawcze, co niewypowiedziane zmierza od nieistnienia, bieda temu kto wyrusza i nie powraca, gdziekolwiek jestem, miejsce miejsc, mamy szansę zanurzyć się w długim trwaniu aby budować tkankę organiczną, Miłosz jak świat, raz wierzył, raz nie wierzył, czekał na spotkanie mistyczne jak dzieci z Fatimy, ale się nie wydarzyło, wdzięczny życiu, że nie wystawiło go na próby, których nie mógłby udźwignąć, - co będziecie robić w tych sejnach? - będziecie budować tkankę łączną! był tak szczęśliwy gdy znalazł to słowo.

słucham, notuję scenki wspomnienia. rozśmiesza mnie pytanie arcybiskupa: dlaczego nie doszedł do akceptacji chrześcijaństwa i katolicyzmu, sugerujące że ksiądz zaakceptował i tego samego oczekuje od innych, nie wiedzieć czemu, i jeszcze wtrącone gdzieś zdanie, że zen nie zabił w nim katolicyzmu, zastanawia przy tym padające dwu lub trzykrotnie pod adresem Poety słowo herezja, i wkrótce te wspominki otwierają i moje wspomnienia i w pewnej chwili uzmysławiam sobie, że byłam w Miłoszowym dworku w Krasnogrudzie wieki temu kiedy podróżowałam rowerem po Suwalszczyźnie, i widziałam ten opuszczony zrujnowany nieomal budynek, a w okolicy żywej duszy, który zresztą przypominał mi dom rodzinny mojej Mamy w Wilnie, już wówczas jego nazwisko było dla mnie magnesem, ale nie był to czas zaczytywania się, raczej zapamiętywania tytułów, zbierania wierszy i oprawiania u introligatora kserowanych na powielaczu książek.

tak się domknęło koło poznania.