niedziela, 12 kwietnia 2015
leguany
pierwszy raz włożyłam moje czarne leguany w czwartek: miałam je na sobie przez kwadrans rano w drodze do pracy i po południu w drodze powrotnej. tak mi się spodobało, że wyszłam w nich też wieczorem na spotkanie matek-organizatorek studniówki oraz na wizytę w izbie przyjęć. te parę godzin sprawiły, że rozbolały mnie pięty, dokładnie ich końcowe partie, tak jak to czasem się zdarza gdy podwinie się skarpeta. ból nie zniknął po zdjęciu butów, ale też nie zniechęcił mnie przed założeniem ich w piątek. to był dzień, w którym stopy zdecydowanie zaczęły przyzwyczajać się do obuwia, dyskomfort jaki odczuwałam zaczął się zmniejszać. w sobotę - było jeszcze lepiej. a na dzisiejszym spacerze poczułam wielką przyjemność! nie wiedziałam, że takich wrażeń może dostarczać zwyczajne chodzenie po trawie. stopy zapadały się w niej jak w miękkim dywanie. specjalnie unikałam ścieżek wyłożonych kostką brukową czy kamieniem, wybierając drogę bardziej naturalną, żeby poczuć tę miękkość. na prawdę dziwiłam się tym wszystkim ludziom chodzącym w butach, jak mogą pozbawiać się tak wspaniałych wrażeń i swoistego masażu. namawiałam Młodych na porzucenie trampek i adidasów, ale nic z tego.
po zdjęciu leguanów dalej czuję jak pulsują mi stopy. to jest bardzo miłe doznanie, które uświadamia mi jak ważne jest chodzenie na bosaka dla mięśni stopy i całego ciała. już chyba nie będę umiała chodzić inaczej.
przy okazji, znalazłam informację o tym, jak pasjonaci chodzenia na bosaka zorganizowali w ubiegłym roku zbiorowe wejście na Śnieżkę. w relacji z tego wydarzenia możecie zobaczyć, w jakich butkach teraz chodzę.