poniedziałek, 19 grudnia 2016
optymistka
Jestem optymistką. Niepoprawną. Urodziłam się taka. I taka umrę. Po każdym ciosie podnoszę się jak wańka-wstańka. To jest coś co potrafię robić najlepiej. Wewnętrzna energia każe mi cieszyć się życiem, mimo wszystko.
Czasem trudno wykrzesać z siebie radosne myśli. Wiem coś o tym. Zdarza mi się być przygnębioną i zamkniętą pośród ciężkich zdarzeń. Nie potrafię się otrząsnąć. Nie potrafię zapomnieć. Bywało, że myślałam: to co mnie spotyka to powód, by nie żyć wiecznie. W końcu trzeba umrzeć, śmierć to kwintesencja życia. Umiera tylko ten kto żyje. Czasami zdarza się, że ze zmartwień. Bywało też, że myślałam: mordercy, który uwolniłby mnie od obowiązku istnienia, w ostatnich słowach przed śmiercią, powiedziałabym dziękuję.
Po jakimś czasie przyzwyczajam się do sytuacji. Problemy odkładam na bok. Jak niepotrzebne zimą lekkie sandały. Przyglądam im się z daleka. Nie pytam już dlaczego znowu ja boże. Rodzi się nowy dzień, a wraz z nim mój entuzjazm. Pogodnie uśmiecham się w lustrze. Czuję, że dawne problemy nie są już moimi problemami. Choć życie od teraz będzie bardziej skomplikowane.
Nic nie może zniszczyć mojej pogody ducha. Dbam o nią i hołubię. Stale rozwijam. Im jestem starsza, tym jakby jej więcej. Optymizm jest jak słońce i woda. Zaspokaja pierwotną potrzebę spokoju. Nadaje sens każdemu dniu. Bez nadziei wszystko byłoby płaskie i zbędne. Przypadkowe i straszne. Wiara w dobrą przyszłość tworzy moje życie, jego prawdziwy i wyjątkowy wymiar. Bez nadziei nic nie byłoby możliwe.
Wierzę, że zwierzęta też żyją nadzieją, może nawet większą niż człowiek.