wtorek, 10 stycznia 2017

igliwie



Choinka, największa ze wszystkich choinek, które mieliśmy wygląda jak z bajki. Nie wisi na niej ani jedna bombka. Jedyną ozdobą są kolorowe lampki. Powiesiliśmy je z myślą o ile łatwiejsze będzie rozbieranie. Wielka choina zrzuca igły. Setki, tysiące igieł. Pod drzewem rozciąga się zielony dywan miękki jak ściółka leśna. Czekam kiedy wyłoni się z niej skrzat w czerwonym kubraczku i wielkiej czapie. Uśmiechnie się do mnie i schowa z powrotem w igliwie.

Nie jestem szczuplejsza od kręcenia hula-hopem. Ale odczuwam pewne tego skutki. Ból w okolicy pasa. Chyba zakwasy. I jeden siniak wielkości przepiórczego jaja na prawym biodrze. Obręcz ma 1,2 szerokości i waży kilogram. To nie mało. Ale bywają cięższe koła, ważące nawet do czterech kilogramów. Mój hula-hop ma niewielkie wypustki od wewnętrznej strony. Kręcenie nim to delikatny masaż. Brzuch jest zdecydowanie bardziej płaski. Albo przynajmniej tak mi się wydaje.

Pan W. gotuje obiad przy muzyce. Komórkę podłączoną do ładowania zawiesił na wysokości wzroku, za pomocą uchwytu samochodowego do gpsa. Rozbrzmiewa Guns n' Roses w wykonaniu ukraińskiej pianistki. Piękne dźwięki. Szef kuchni wyraźnie potrzebuje akompaniamentu do pracy. Uderzeniom noża o deskę do krojenia towarzyszą uderzenia biało-czarnej klawiatury. Wyobrażam sobie, jak muszą czuć się obierane marchewki w tym otoczeniu wypełnionym dźwiękami, siekane cebule, jak uśmiechają się ziemniaki.
Jem zupę z jarzyn i muzyki.