święta minęły mi z filmem koreańskim.
obejrzałam wcześniej nieoglądane filmy
reżysera Kim Ki-duka:
łuk,
wiosna, lato, jesień, zima,
i raz jeszcze wcześniej widziane:
pusty dom,
samarytanka.
łuk to jeden z najdziwniejszych
i najpiękniejszych filmów,
jakie widziałam.
na barce żyją ze sobą stary rybak i młoda dziewczyna.
dziewczyna nie jest córką, ani wnuczką mężczyzny.
przez dziesięć lat nie zeszła na ląd ani razu.
starzec planuje poślubić ją
w dniu jej siedemnastych urodzin.
mężczyzna zajmuje się przepowiadaniem losu.
by poznać przyszłość strzela z łuku
do portretu Buddy,
przed huśtającą się na huśtawce dziewczyną.
na barce pojawia się młody mężczyzna.
czy dziewczyna odważy się uciec z młodzieńcem,
i wrócić do szukających ją rodziców,
czy zostanie ze starcem.
postać dziewczyny kojarzy mi się
z postacią porwanej i zniewolonej
Nataschy Kampusch, która nie ukrywała swojego
emocjonalnego stosunku do oprawcy.
niektórzy psychologowie uważają,
że jej uczucia wykraczały poza uczucia ofiar porwań,
i że w jej przypadku nie należy mówić
o tzw. syndromie sztokholmskim,
ale syndromie Nataschy Kampusch.
na podobny syndrom chorobowy
cierpi dziewczyna z łuku.
trudno przestać myśleć o tym filmie.
o twarzach aktorów, o muzyce.
podobnie jak o innych filmach tego reżysera.
polecam wszystkie.
wiosna też jest dziełem wybitnym.
o ciągłości losu,
o nieuchronności zdarzeń.
można w niej zobaczyć samego Kima,
który gra dorosłego mnicha.
dopiero teraz zauważyłam, że dobiłam setki.
z okazji setnego posta idę wznieść toast
lampką czerwonego wina.
sto lat!