wtorek, 5 listopada 2013

kebab


każdy dzień głodówki powoduje wzrost pragnień kulinarnych.

w pierwszy dzień myśli Młodej krążą jak zwykle
wokół: pizzy, sushi, kebaba.
obiecuję jej, że zje wszystko jak tylko wyzdrowieje.
te słowa działają na nią jak magiczne zaklęcie, gorączka spada.

Młoda przygotowuje mi listę zakupów.
kupuję potrzebne składniki w osiedlowych sklepach:
ogórek zielony i kiszony, pomidory, ser żółty, czosnek,
dwa kubki gęstego jogurtu naturalnego, majonez.
po czarne oliwki i pitę idę do delikatesów arabskich,
które znajdują się pięć minut drogi od mojego domu,
nie chcę przez to powiedzieć, że mieszkam w dzielnicy arabskiej,
wręcz przeciwnie, taki sklep to w moim mieście rzadkość.

nie odwiedzam często tego sklepu.
ale lubię do niego przychodzić ze względu na zapachy
i egzotyczne opakowania z tajemniczymi napisami,
które częściowo tłumaczą ich angielskie odpowiedniki,
duże słoje herbat, olejki do twarzy, do włosów, arganowy,
z liści laurowych, za ladą stoi młoda polka
w nieodzownej czarnej chuście na głowie,
zastanawiam się czy to wymóg pracodawcy czy jej własny wybór,
dziś sprzedawcą jest młody arab, mówiący łamaną polszczyzną.
nie wiem ile rozumie z tego co mówię,
bo nie odpowiada na moje pytania.
do sklepu wchodzi kobieta w średnim wieku
widać, że nie jest tu po raz pierwszy, wybiera szybko,
od razu zasypuję ją pytaniami, chętnie
wyjaśnia mi do czego używa niektóre produkty,
zachęca do spróbowania tahini i orientalnych słodyczy,
zachwala płaty ciasta pakowane w paczkach,
za jej namową kupuję tahini w białym plastikowym słoiku
z zieloną zakrętką, i dwa batoniki w złoconych papierkach,
sprzedawca od siebie dodaje jeszcze przepis na humus,
z dodatkiem tahini oczywiście.