środa, 6 listopada 2013
zakupy
drugi dzień wędruję po sklepach w poszukiwaniu nowej garderoby.
moja szafa wymaga szybkiego uzupełnienia i odnowienia.
przeglądam wieszak za wieszakiem
i przypomina mi się wywód Pani M., nauczycielki włoskiego,
na temat złej jakości damskich koszulek z bawełny,
w których robią się tajemnicze małe dziurki,
wykrzywiają boki i wyciągają rękawy,
przez co starczają przeważnie na jeden sezon.
stwierdzam, że moje odzienie w istocie straciło fason i ma owe dziurki.
rozumiem teraz jej irytację.
jako pierwszą odwiedziłam nową galerię z tysiącem sklepów w centrum miasta,
później oddaloną od niej starą galerię z drugim tysiącem sklepów.
wielokilometrowe powierzchnie, które przemierzyłam
pełne były dziwacznych okryć, swetrów bez guzików,
koszulek odsłaniających połowę brzucha z rękawem 3/4,
rozpaczliwych wzorów i przygnębiających kolorów, których ilość
nie ułatwiała wyboru, a od rozmaitości i feerii barw rozbolała mnie głowa.
niektóre sklepy wyglądały tak, jakby nikt nigdy do nich nie wchodził,
i wchodzić nie miał zamiaru, a sprzedawcy pogodzeni z faktem,
usługiwania nieobecnym klientom zamierali w znudzeniu i beznadziei,
nie różniąc się wcale od manekinów.
z wszechobecnych szumów dobywających się z wnętrz sklepów
wyłapałam dźwięki muzyki, którą lubię, i która dodała mi sił i uratowała moje zakupy -
A New SoulYael Naim i Jamesa Blunta.
o szóstej obwieściłam koniec maratonu i wyjście z księgarni.
dotychczasowy rezultat - siedem do dwóch uznałam za zadowalający -
siedem rzeczy kupionych, dwie zwrócone,
czyli w mojej szafie się znajdą: jasnobeżowy sweter z grubej wełny,
dwie koszulki granatowe z długim rękawem, jedna z rozkwitającymi kwiatami
druga z czarnymi paskami, szary tshirt i czarny top.