piątek, 8 listopada 2013
suszi
zjadłam trzy kromki chleba razowego posmarowane grubo świeżym masłem,
czerwoną paprykę ze słoika, w kolorze, który przypomniał mi
serduszko z ceramiki, leżące na klawiaturze służbowego komputera
(lubię je właśnie za tę karminową czerwień),
cztery słodkie jabłka najtwardsze z twardych,
trzy mandarynki lekko kwaśne i ogórek kiszony,
wypiłam herbatę zieloną i napar z czerwonokrzewu
afrykańskiego o intrygującej nazwie rooibos, w kubku z rysunkiem Pabla Picassa,
datowanym na dzień 5 grudnia 1950 roku (prezent od kochanej A.),
litr wody, kawę czarną jak smoła, przygotowaną za pomocą ekspresu ręcznego
czyli moich doskonale sprawnych rąk, którymi przelałam kawę zaparzoną
w kubku do białej filiżanki, fusy zostawiam cygankom niech wróżą pomyślność,
odmówiłam skosztowania ciasta francuskiego z wiśniowym nadzieniem
(pewna sieć supermarketów słynie z tych wyrobów, o czym wiedział kolega K.,
który dla uczczenia premii zafundował je wszystkim), oraz cukierków toffi
(zawsze w miseczce na parapecie leżą cukierki w celofanowych papierkach),
mój podziw dla współpracowników opychających się słodyczami nigdy nie maleje,
napisałam cztery pisma urzędowe, jeden wniosek, w którym zrzekłam się
funkcji administratora systemu komputerowego, poza tym esemes do W. i email do A,
dzwoniłam niezliczoną ilość razy za pomocą aparatu telefonicznego,
który stoi po lewej stronie biurka, wciśnięty między komputer
i zielone drzewko, o nieznanej mi nazwie, które jest oznaką stanu mojej duszy
(teraz tonie w jasnozielonych liściach), dwa razy śmiałam się do rozpuku,
pierwszy gdy do pokoju wleciała wielka agresywna mucha, a kolega B.
ze stoickim spokojem rzekł – ot, muszka owocówka, i drugi ze zdziwienia
Pani E. gdy odkryła, że nie noszę podkolanówek pod spodniami w biurowej przestrzeni,
w drodze powrotnej do domu widziałam stado kruków,
podobno najinteligentniejszych z ptaków występujących na świecie,
sto sztuk albo dwieście kroczyło po polanie, każde w innym kierunku, pozornie bez celu,
po południu odwiedziłam po raz pierwszy w życiu sushi bar,
kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet gdy się jest wegetarianką od siedemnastu lat,
zjadłam set wegetariański: maki z ogórków, imbir, wasabi,
piłam zieloną herbatę z dodatkiem ryżu z malutkiej czarki,
i wysłuchałam relacji z wydarzeń dnia jak to Młody stojąc na bramce strzelił samobója,
którego na szczęście nie uznano, bo piłka wylądowała za wysoko.