sobota, 11 stycznia 2014

genmaicha


obudziłam się później niż zwykle,
śniadanie - pomarańczę z maślaną chałką obsypaną płatkami migdałowymi -
zjadłam w locie, w tym samym czasie pakowałam torbę na jogę
i rozmawiałam z Panią A. o tym jak weszłam na stronę jej sklepu
i zauważyłam niezrozumiałą pustkę w zakładce promocje,
całą drogę na siłownię biegłam, a mimo to wpadłam spóźniona,
na szczęście miejsce na sali blisko instruktora zajęła mi A2,
z którą dzieliłam pokój na warsztatach jogicznych
i która jak żadna inna matka rozumie co oznacza powrót nastolatka z sylwestra,
jak zwykle w sobotę wizyta w księgarni, dziś obok soku
ze świeżych pomarańczy, wody i espresso, stanęła książka To ja Malala
Malali Yousafzai po polsku, Eli, Eli Tochmana, Zabawka Boga Tadeusza
Biedzkiego i perełka Kaprysik Damskie historie Mariusza Szczygła,
z tej ostatniej przeczytałam całą pierwszą nowelę o kobiecie, która pisała
pamiętnik przez 57 lat, i może dzięki temu trafi do księgi Guinessa, jako autorka
najdłużej pisanego dziennika, nazwa dziennik jest tu zdecydowanie
właściwsza, bo notatki charakteryzują się wyliczaniem faktów a nie
opisywaniem przeżyć czy zdarzeń, tak chciałaby córka, która setkę
zeszytów zostawionych przez matkę czyta, choć nie rozumie dlaczego
notowała ona każdą rzecz, która zdarzyła się w jej życiu,
to co zjadła na śniadanie, na obiad i na kolację, co widziała w telewizji,
na kogo wpadła na ulicy przypadkiem, kto zadzwonił a kto przyszedł
z wizytą zapowiedzianą i tą niezapowiedzianą, co sprezentował
i co ona komuś podarowała, ile dała na ofiarę w kościele,
i kiedy do kościoła chodzić przestała, o sobie i o bliskich pisała
w trzeciej osobie, nie oznaczając ich inaczej niż imieniem i pierwszą literą
nazwiska, powrót męża z obozu Auschwitz zapisała w notesie pod tytułem
wizyty niezapowiedziane, pisała też sama do siebie kartki pocztowe,
których nie wysyłała, a były one osobistymi zapiskami codzienności,
całość składa się na obraz osoby dziwacznej, skoncentrowanej
na ułożeniu i katalogowaniu najprostszych czynności,
jakby szukającej w tych spisach i zbiorach sensu ludzkiego losu,
swojego losu, a może obawiającej się zapomnienia, zniknięcia chwili,
oddanej obserwowaniu i uchwyceniu jej prozaicznego śladu,
lektura zajmie nie tylko dla psychologów,
kupiłam książkę Gabinet matematycznych zagadek Iana Stewarta
dla Młodej, której pasją stało się zgłębianie tajników matematyki,
i udział w przeróżnych konkursach, jak np. olimpiada matematyczna
i lingwistyki stosowanej, z zadaniami pisanymi w różnych językach z założenia
nieznanych dla piszącego, potem szybki marsz do sklepu odzieżowego
w centrum miasta, przez Dziadka T. zwanego blaszakiem, gdzie czekała na mnie Młoda,
z wybranymi spodniami, były to takie same spodnie, jakie tydzień wcześniej
kupiłam dla siebie, w tym samym rozmiarze, po tych jakże udanych zakupach
i wręczeniu książki poszłyśmy do kawiarni, do której Młoda wpada praktycznie
codziennie, gdzie na podeście pokrytym wzorzystym dywanem z dużymi poduszkami,
oparte o ścianę wypiłyśmy dwa dzbanki genmaichy, zielonej herbaty
z prażonym ryżem (drugie parzenie w tej samej cenie),
podziwiając przez okno coraz ciemniejsze granatowe niebo i jadące tramwaje.