piątek, 18 kwietnia 2014

poemat


chwytam chwilę i wygrzewam się na słońcu jak stara kotka.
wśród wysokich wieżowców i jaskrawo rozzieleniałych drzew,
przede mną plac zabaw dla dzieci ogrodzony niskim płotkiem,
po prawej stronie rojna ulica, która prowadzi wprost do mojego biura
i domu, w słońcu nawet szum samochodów ma uspokajający odgłos,
dzwonię do Młodej (problem z łącznością, włącza się automatyczna sekretarka),
potem do Młodego (bardzo krótka rozmowa, czuję że przeszkadzam mu
w oglądaniu telewizji), Pana W. (nigdy nie udaje mi się połączyć z nim
za pierwszym razem, o ile w ogóle ma ze sobą telefon, i nie trzeba mu zadawać
kłopotliwego pytania do czego służy smartfon, bo na pewno nie odpowie że do
dzwonienia, raczej - że do czytania książek, rozgrywania partii szachów
albo nawigacji gps) i Pani E. (udaje nam się pogadać już za trzecim wybraniem
numeru), z bloku naprzeciwko, wychodzi mężczyzna z czymś w ręce, co wygląda
z daleka na bukiet róż, a z bliska okazuje się wiązanką dorodnego bukszpanu
przyozdobionego różnokolorowymi pisankami, symbolem świątecznego czasu,
obok mężczyzny podskakuje wesoło mała dziewczynka w różowych rajtuzach.

siedzę w słońcu i czuję, że jak u Miłosza, cała ziemia jest niby poemat.