wtorek, 27 maja 2014
festa
uściski, bukiet żółtych róż i jedną czerwoną dostałam wczoraj od Młodych, Córka w prezencie podarowała mi jeszcze odrobinę najdroższej herbaty świata w srebrnym woreczku i mój portret narysowany ołówkiem, na którym uchwyciła chwilę kiedy siedzę na zafu przy obniżonym do 40 cm biurku i piszę notkę na bloga, sygnowany graficznym uśmiechem, z dedykacją dla najlepszej mamy jaką mam, w ten przewrotny sposób Młoda często zwraca się do swojego wielkiego Brata, najlepszy brat jakiego ma, bo jedyny, matka też jedna, to fakt, choć ma także matkę chrzestną. i to właśnie z Matką Chrzestną tę matchę piłyśmy, z filiżanek do espresso, po japońsku 抹茶, to niezwykła, najwyższej jakości zielona herbata nazywana matką wszystkich zielonych herbat, kilogram zielonego proszku kosztuje 700 złotych, produkowana z liści krzewów specjalnie ocienianych matami, które ususzone ściera się na proszek, herbata zaparzona (ten rytuał zarezerwowany jest dla Młodej, choć do pełni szczęścia brakowało stosownej miotełki z bambusa, co w pewnym stopniu zdołała zrekompensować drewniana mątewka), wyglądem przypominała jaskrawy rozrzedzony szpinak, i smakowała tajemniczo, z każdym łykiem unosiła nas ponad codzienność, ponad kuchnię i zastawiony stół, ponad zagracony zlew i od rana nierozładowaną zmywarkę, gdzieś do dalekiej Azji, do wspomnień autora Zagubionego w Chinach oraz podróży pana M. (dziękujemy raz jeszcze za wszystkie chińskie herbaty, te sprasowane i twarde jak kubańskie cygara i te w czerwonym metalowym pudełeczku, przypominające puzderko na biżuterię), przez lekcje japońskiego Młodej, bo to właśnie na pierwszej lekcji w nowej szkole uwielbiana nauczycielka poczęstowała wszystkich uczniów matchą.