na lekcji włoskiego opowiadałam o moim pobycie we Włoszech, gdzie byłam, co widziałam, oczywiście Weronę, Sirmione, Lazise, Salò (znane z filmu Pasoliniego Salò, czyli 120 dni Sodomy, i tu zwiedzając wystawę Luciano Doniniego, poznałam pirografię czyli technikę tworzenia obrazów wypalanych w drewnie), jak spędzałam dnie, prawie codziennie na basenie, 25 metrowym, przepływaną odległość zwiększyłam do rekordowej ilości pięćdziesięciu długości, o pogodzie, bo wróciłam bardzo opalona, a pogoda nie była idealna, ale nieomal cały czas przebywałam na dworze (l'area aperta), cudownym zrządzeniem natury padało tylko w nocy, ale widoczne z dali ośnieżone szczyty gór przypominały, że zima wcale się nie skończyła, że po drugiej stronie jeziora jeszcze trwa, a niedaleko całe stada łabędzi i kaczek, u jednej kaczej pary naliczyłam trzynaście młodych, ich wiernych miniaturek, w tym czasie inne ptaki, miejskie gołębie pospolite, wiły gniazdo pod moim balkonowym świerkiem, wiem że w domu, w którym lęgną się ptaki, panuje dobrobyt i szczęście, ale moja odpowiedź na tę bezprawną ingerencję, brzmi nie, co dosadnie wyraziłam wyrzucając koszyczek gałązek z zabrudzonej ptasimi odchodami doniczki. największe zainteresowanie i wesołość miłośniczek la lingua italiana, wywołała relacja z koncertu The Vegetable Orchestra, na którym byłam w Rovereto, urokliwym mieście oddalonym od turystycznych szlaków, członkowie wiedeńskiego zespołu grali na świeżych warzywach, które tego samego dnia za pomocą noży i wiertarek zamienili w instrumenty muzyczne, pory, bakłażany, bulwy selera, marchwi, rzepy, dynia, główki włoskiej kapusty wzmocnione aparaturą dźwiękową w rękach artystów dały popis swoich niezgłębionych możliwości wygrywając różnego typu muzykę od Strawińskiego po rocka, ubrani na czarno muzycy, ta czerń stroju kontrastowała z tęczową barwą warzyw, okładali się po rękach krojonymi bakłażanami jak kastanietami, dęli w marchewkowe flety, a po koncercie osobiście częstowali melomanów zupą warzywną, słynną włoską minestrone, mocno przyprawioną ziołami i octem, podczas gdy zużyte instrumenty w pamiątkowym geście zostały rozdane słuchaczom. wcześniej oglądałam w internecie film prezentujący możliwości warzywnych mistrzów, ale nic odda atmosfery zabawy, zaskoczenia i czystej radości, która towarzyszyła koncertowi na żywo.
wtorek, 20 maja 2014
koncert
na lekcji włoskiego opowiadałam o moim pobycie we Włoszech, gdzie byłam, co widziałam, oczywiście Weronę, Sirmione, Lazise, Salò (znane z filmu Pasoliniego Salò, czyli 120 dni Sodomy, i tu zwiedzając wystawę Luciano Doniniego, poznałam pirografię czyli technikę tworzenia obrazów wypalanych w drewnie), jak spędzałam dnie, prawie codziennie na basenie, 25 metrowym, przepływaną odległość zwiększyłam do rekordowej ilości pięćdziesięciu długości, o pogodzie, bo wróciłam bardzo opalona, a pogoda nie była idealna, ale nieomal cały czas przebywałam na dworze (l'area aperta), cudownym zrządzeniem natury padało tylko w nocy, ale widoczne z dali ośnieżone szczyty gór przypominały, że zima wcale się nie skończyła, że po drugiej stronie jeziora jeszcze trwa, a niedaleko całe stada łabędzi i kaczek, u jednej kaczej pary naliczyłam trzynaście młodych, ich wiernych miniaturek, w tym czasie inne ptaki, miejskie gołębie pospolite, wiły gniazdo pod moim balkonowym świerkiem, wiem że w domu, w którym lęgną się ptaki, panuje dobrobyt i szczęście, ale moja odpowiedź na tę bezprawną ingerencję, brzmi nie, co dosadnie wyraziłam wyrzucając koszyczek gałązek z zabrudzonej ptasimi odchodami doniczki. największe zainteresowanie i wesołość miłośniczek la lingua italiana, wywołała relacja z koncertu The Vegetable Orchestra, na którym byłam w Rovereto, urokliwym mieście oddalonym od turystycznych szlaków, członkowie wiedeńskiego zespołu grali na świeżych warzywach, które tego samego dnia za pomocą noży i wiertarek zamienili w instrumenty muzyczne, pory, bakłażany, bulwy selera, marchwi, rzepy, dynia, główki włoskiej kapusty wzmocnione aparaturą dźwiękową w rękach artystów dały popis swoich niezgłębionych możliwości wygrywając różnego typu muzykę od Strawińskiego po rocka, ubrani na czarno muzycy, ta czerń stroju kontrastowała z tęczową barwą warzyw, okładali się po rękach krojonymi bakłażanami jak kastanietami, dęli w marchewkowe flety, a po koncercie osobiście częstowali melomanów zupą warzywną, słynną włoską minestrone, mocno przyprawioną ziołami i octem, podczas gdy zużyte instrumenty w pamiątkowym geście zostały rozdane słuchaczom. wcześniej oglądałam w internecie film prezentujący możliwości warzywnych mistrzów, ale nic odda atmosfery zabawy, zaskoczenia i czystej radości, która towarzyszyła koncertowi na żywo.