niedziela, 3 sierpnia 2014
gromy
w silnym słońcu pod górę, pot, wycieranie twarzy chusteczką, picie wody, poszukiwanie cienia, nieustające gorąco, odgłosy grzmotów słyszeliśmy z daleka, siarczysty deszcz dopadł nas na skraju lasu, schowaliśmy się pod drewnianą wiatą, gdzie pięciu mężczyzn z białym psem grało w karty na żetony, burza gdzieś bokiem przechodziła, zjedliśmy prowiant (ja dalej tylko świeże owoce i słonecznik w łuskach), zrobiliśmy kilka okolicznościowych portretów z łukowatą linią drzew w tle, przed schroniskiem pod kolorowymi parasolami półgodzinne czytanie, Młody wyciągnął Zbrodnię i karę, którą czyta od miesięcy, Młoda wspomnienia kubańskiej blogerki, które wypożyczyłam z biblioteki, Pani E. książkę podróżniczą roku, ja Bojową pieśń tygrysicy Amy Chua, grzmoty zdawały się przybliżać, jednak zdecydowaliśmy się zejść żółtym szlakiem, w końcu i tak z tej góry kiedyś zejść trzeba, tabliczka na drzewie wskazywała, że zejście zajmuje 1,5 godziny, właściciel schroniska tę trasę przemierzał w 50 minut, i my w tym czasie zeszliśmy, bo nieomal całą drogę biegliśmy po kamieniach i błocie, przed nami błyskawice, nad nami grzmoty, które rozrywały niebo i góry na strzępy, zdawały się nie mieć końca, to cichły, to się zbliżały, czasem łomot rozlegał się tak blisko, że myślałam, że piorun w nas trafił, albo w drzewo nad nami, i zwala się ono połamane w ostatecznej walce z silniejszym stracone, na głowie miałam czapkę z daszkiem, to była moja jedyna osłona przed strugami deszczu, oprócz plecaczka który osłaniał częściowo moje plecy, ostatnią wolę przekazałam Synowi w akcie rozpaczy, co on zripostował że jest wyższy i pierwszy zostanie trafiony, do samochodu dotarłam całkowicie mokra, tylko pięciocentymetrowy pas bielizny miałam suchy, założyłam zapasową koszulkę, Pani E. oddała swoją Młodej, i tak dotarliśmy do miasta grzejąc się centralnym ogrzewaniem samochodu, w domu szybki gorący prysznic i w zagłębieniu suchej pościeli momentalnie zasnęłam, nadmiar emocji automatycznie włączył przycisk reset. teraz gdy to piszę dźwięki grzmotów jeszcze czuję w sobie, w głowie je mam, i wiem, że zostaną zostaną tam na wieki wieków, dłużej niż ja będę żyła, kto wie może zabiorę je ze sobą w kolejne wcielenie, te gromy z jasnego nieba.