środa, 1 października 2014

magia


kto raz był na diecie rt4, ten nie może o niej zapomnieć i przestawić się na tradycyjne posiłki. surowizna do południa jest najlepsza dla właściwego funkcjonowania mojego organizmu, a także dla dobrego samopoczucia, więc mimo kilku niechlubnych wyjątków dalej jem na surowo do dwunastej lub drugiej, czyli tak długo, na ile pozwalają mi na to wielkości posiadanych zasobów. a potrzebuję ich dużo. na pewno więcej niż prezentują to w filmach propagatorzy surowej diety (z tego też powodu filmowe instrukcje wydają mi się niezbyt prawdziwe). wyjaśnienie nękającego mnie uczucia głodu znalazłam w oglądanym dzisiaj filmie Woody’ego Allena Magia w blasku księżyca. główna bohaterka, urocza amerykańska hochsztaplerka grana przez Emmę Stone, podobnie jak ja, je bez opamiętania – Psycholog powiedział mi, że potrzebuję miłości – oznajmia Colinowi. wątek jedzenia pojawia się też w przezabawnym dialogu - zawsze wiedziałem, że świat niewidzialny byłby dobrym miejscem do otwarcia restauracji. zmarli też muszą jeść, nieprawdaż.

cyfrowo odmłodzony Colin Firth roztacza czar tak wielki, że nie można mu się oprzeć. czy dlatego, że lubię przemiany, i rozterki w co wierzyć są mi bliskie, zrozumiałam fascynację Pani M., mojej nauczycielki włoskiego, i to, co miała na myśli mówiąc, że Firth jest jej ideałem mężczyzny, za którym poszłaby na koniec świata. bo przecież żyje się raz. może dwa albo trzy razy, to zależy od zapasu twojej ektoplazmy. - można dodać za Allenem.