wtorek, 30 września 2014

drogeria


wpadam do sieciowej drogerii o niemiecko brzmiącej nazwie. przeglądam asortyment kremów do pielęgnacji twarzy. jeden przy drugim leżą kolorowe pudełka w błyszczących foliach od najwyższej półki do najniższej. odczytuję napisy informujące o rodzajach użytych kwasów i olejków, kodach młodości, laserach oraz niezawieraniu szkodliwych parabenów. na półce tuż przy ziemi odkrywam kremy 70+ polskiego producenta. i nie mogę ukryć zdziwienia. jak schyli się po nie siedemdziesięcioletnia klientka? a jak starsza, bo to w końcu jest krem dla pań 70 plus? jeśli uda jej się sięgnąć, to czy zgięta w pałąk zdoła się wyprostować? nie widzę żadnych uchwytów przy regale. zwracam uwagę ekspedientce przy kasie na tę dziwną właściwość prezentacji kosmetyków. zdaje się nie rozumieć problemu. jak możliwe jest takie usytuowanie? indaguję - rozkład towarów otrzymujemy z centrali - tłumaczy kasjerka, niepojęte, wygląda na to, że nie zależy państwu na ich sprzedaży - nie ustępuję. - rozumiem układać nisko kremy dla pięćdziesięciolatek, te mogą się schylić i niech się schylają, ale staruszki, chyba że te kremy ktoś kupuje dla nich w prezencie. - monologizuję. kobieta śmieje się i dodaje z zawodową grzecznością - zawsze służymy pomocą.

po wyjściu ze sklepu, postanawiam nieprzerwanie ćwiczyć skłony do przodu i szybkie podnoszenie z kolan, tak żebym w przyszłości samodzielnie mogła sięgnąć po kosmetyk z najniższej półki. teraz nie tylko wiem skąd wzięło się to wyświechtane określenie, ale też jakie trudności musi pokonać osoba dokonująca wyboru z powodów ekonomicznych.