niedziela, 2 listopada 2014

metody


pierwszą brodawkę złapałam w szkole podstawowej. pojawiła się nagle na środkowym palcu prawej ręki na wysokości pierwszego więzadła. nie było w tym nic niezwykłego, dużo dzieci miało w tym czasie brodawki. nie tylko nie odwiedziłam lekarza (cel wizyty musiał być ważny i uzasadniony), ale i nie powiedziałam o niej Mamie. sama się nią zajęłam.

podpatrując B. z długimi warkoczami w kolorze słomy, która siedziała w pierwszej ławce w rzędzie pod oknem, tuż przy katedrze, obserwowałam jak przeprowadza operacje usuwania brodawek ze swoich rąk. jej metoda polegała na wycinaniu ich żyletką (kto pamięta ostrzałki na żyletki w tornistrze), i dezynfekowaniu zranionych miejsc atramentem (ach te czasy przednabojowe). mnie ten sposób wydawał się bardziej przerażający niż skuteczny (o tym że taki nie był świadczyło, że operacje trzeba było powtarzać). postanowiłam zatem eksperymentować z innymi chemikaliami. a że właśnie dostałam nową pastę do zębów, to smarowałam moją kurzajkę białym jak śnieg mazidłem. i ona w końcu zniknęła.

drugą brodawkę złapałam dwa tygodnie temu. i tym razem postanowiłam nie iść do lekarza, i zawierzyć medycynie ludowej. nim sięgnęłam po pastę do zębów, zastanawiając się czy te obecne na rynku mają choć jeden składnik, identyczny z tymi produkowanymi dziesiątki lat temu, postanowiłam wypróbować sposób przekazany mi onegdaj - nałożenie plastra czosnku na zmienioną skórę i pozostawienie go na noc. po kilku dniach zaobserwowałam poprawę, ale prawdziwą zmianę w czarny strupek dopiero gdy zaaplikowałam rozgnieciony ząbek (konieczne jest przy tym zabezpieczenie zdrowej skóry plastrem).