sobota, 28 marca 2015

ekozakupy


Zwariowane zakupy, trochę zbytku, i trochę niezbędnych na co dzień ekoproduktów.

Po porannej lekturze artykułu Jak dobrze być sknerą, opisującej między innymi sylwetkę 72-latki, która zrezygnowała z pieniędzy, zauważając przy tym, że im bardziej ascetycznie żyje, tym bardziej jest zadowolona, bo nie tylko zniknęły jej dotychczasowe lęki, ale odnalazła równowagę, ciszę myśli i spokój ducha, postanawiam: będę kontrolować wydatki i świadomie robić zakupy ograniczając ich ilość do tego, bez czego nie może się obejść moja rodzina (to pojemne określenie, w istocie tylko ja wiem co się za nim kryje). Przede wszystkim nie będę ulegać impulsywnym zakupom nikomu nie potrzebnych, aczkolwiek urokliwych drobiazgów: wzorzystej rozmaitości foremek z papieru na mufinki, ani papierowych serwetek! To było rano.

Po południu jakbym zapomniała o tych przyrzeczeniach i u niewysokiego Hindusa w pomarańczowym turbanie kupiłam – pastę do zębów miswak, jej głównym składnikiem jest czysty ekstrakt roślinny miswak, czyli słynne drzewo arakowe, które porasta południowe tereny Afryki i wschodnią część Indii (gałązki tego drzewa w rzeczywistości od wieków służyły jako szczoteczka do zębów i są jej najstarszą formą), dwa woreczki kurkumy 100% naturalnej (skoro jem tę przyprawę w celach leczniczych, to chcę poznać jej prawdziwy smak, nie tylko jej europejską łagodną wersję), herbatę zieloną ze Sri Lanki w dużej puszce, i kadzidełka kasturi ręcznie robione, które polecił ten zabawny sprzedawca przekonując, że warszawskie ceny po jakich sprzedawał produkty, są w istocie cenami niskimi. Pierwszy raz od dwudziestu lat, zdecydowałam się na kadzidełka inne niż Satya Sai Baba z Bangalore. Kasturi to kadzidełka o aromacie piżma, które tworzy wyjątkowa kompozycja zapachowa, uzyskana wyłącznie z naturalnych składników roślinnych, bez udziału składnika zwierzęcego. Są cenione zarówno przez buddyjskie, jak i hinduskie traktaty ajurwedyjskie jako źródło uzdrawiające i wspomagające różne dolegliwości. U pszczelarza, którego zmagania z całym rojem pszczół można było podziwiać na ekranie monitora (owady wędrowały nie tylko po jego nagim ciele, ale wchodziły też do otwartych ust) kupiłam dwa duże słoje miodu: spadziowy z propolisem i rzepakowy (bo najbardziej lubię miód o delikatnym smaku w jasnym kolorze czyli mniszkowy, rzepakowy i malinowy). Z targowych przysmaków skosztowałam liofilizowane owoce: maliny, truskawki, ananas (pycha) i wypiłam herbatkę z setki ziół o tymiankowej nucie, w istocie smaczną, oraz sok z karczocha (ohyda!). Nie zdążyłam przymierzyć butów leguano, dających uczucie chodzenia na bosaka lub skarpetkach antypoślizgowych, ale zrobię to jutro.

Po cichu przesuwam datę wprowadzenia zasad minimalizmu zakupowego na kwiecień i w duchu przyznaję, że żadna z zakupionych dzisiaj rzeczy nie była mi potrzebna.