niedziela, 29 marca 2015

objedzona


Zasada kuchni społecznej jest prosta: informacja o wydarzeniu pojawia się na facebooku, o konkretnej porze w ustalonym miejscu spotykają się pasjonaci kuchni, w tym przypadku wegańskiej, którzy przynoszą swoje wiktuały albo płacą wstępne - 15 złotych i jedzą do woli ile zapragnie ich wygłodniała dusza. Dzień był zbyt krótki na gotowanie. Wybrałyśmy z Młodą tę drugą wersję, łatwiejszą. W modnym klubie na stołach przypominających ławki szkolne, rozstawiono półmiski, talerze, blachy do pieczenia. Niektóre z dań były podpisane przez autorów. To ułatwiało degustację. Gdy przyszłyśmy, wszystkie stoliki były już zajęte. Udało nam się dosiąść do dwóch młodych kobiet. Niestety, zapomniałyśmy zabrać własnych talerzy i sztućców. Więc pierwsze dziesięć minut zajęło nam organizowanie stołowych nakryć. Zaczęłam od gorących pierogów z soczewicą i ruskich, po te mogłam sięgać palcami. Później skosztowałam kilka rodzajów pasztetów z soczewicy i nieokreślonych warzyw. Po nich buraki z rukolą na zaostrzenie apetytu i surowa marchew z łagodnym sosem. Na deser - mufinka z orzechami (dla mnie hit), spory kawałek murzynka z bananami i bakaliami, słodkie kulki, babki, kuleczki, owocowe frykasy. Młoda pałaszowała te wegańskie przysmaki z trochę mniejszym apetytem, bo wyszła z domu później ode mnie, po zjedzeniu miski zupy z czerwonej soczewicy. I to było jej zdaniem najlepsze wegańskie jadło tego dnia.

Atmosfera wśród biesiadników była bardzo wesoła, dania znikały szybko, mimo panujących w lokalu ciemności. Planujemy wybrać się na następne spotkanie społecznej kuchni, przypadające w maju, zabierając ze sobą obowiązkowo Młodego oraz coś z własnych najlepszych potraw i wypieków.