poniedziałek, 16 marca 2015

grejpfrut



Trzeba przede wszystkim kochać świat; jeżeli człowiek pokochał bodaj grapefruita i odkrył w nim piękno - będzie zbawiony. Siegfried Sassoon


moja pierwsza głodówka w dzień Ekadashi:
godzina 4.55 – pobudka
godzina 5.00 -5.30 – poranna medytacja
Do biura wzięłam dwie cytryny i trzy czerwone jabłka na wszelki wypadek - postnik, koło ratunkowe początkującego głodomora.
godzina 8.00 – szklanka naparu z czystka wypita przy biurku.
9.20 – kubek gorącej wody z odrobiną cytryny (uwielbiam). Współpracownicy skonsumowali swoje pierwsze śniadanie. Zaczynam odnosić wrażenie, że czegoś mi brakuje.
10.20 – kolejny kubek gorącej wody. Każdy łyk wydaje mi się darem bogów, rozgrzewa i wzmacnia. Czuję się senna. Do dwunastej w nocy czytałam Listy Sylwii Plath, z których pochodzi powyższy cytat. Książka zawiera wybór korespondencji z lat 1950 - 1963, czyli od ukończenia przez poetkę 18 lat aż do śmierci, w wieku 30. Podoba mi się egzaltacja z jaką pisze do matki. Te wykrzykniki, przepełniające listy. I podpisy! Stanowią krótkie podsumowanie treści listu i emocji towarzyszących przedstawianym wydarzeniom. Mówią wiele o niej samej, o kruchości i delikatności jej natury.
11.20 – trzeci kubek gorącej wody. Unikam tych konsumujących przyniesione z domu posiłki. Mam za sobą już rozmowę o kawie i kiszonych burakach. Ponieważ moje kiszenie buraków się nie udało, poszukuję przyczyn, a koleżanka zza biurka obiecuje przynieść słoiczek swoich kiszonek do skosztowania. – Jeszcze tylko brakuje, żebyśmy zaczęli tutaj ćwiczyć jogę – rzuca Pan K. rozbawiony niezmiennym od miesiąca tematem dyskusji.
12.20 – czwarty kubek gorącej wody. Marzę o soku z marchwi. A to dopiero za cztery godziny.
13.20 – ostatnia porcja gorącej wody z cytryną. Dobrze, że nie mam nawału pracy, bo chodzę na spowolnionych obrotach. Udało mi się nawet uszczknąć trochę czasu na pogawędkę z Panią E.
Po południu wypiłam 1,5 litra soku z marchewki i błyskawicznie zasnęłam.