wtorek, 25 sierpnia 2015
11
jedenasty dzień diety, nie był ciężki.
do zupy bazy (marchew, cebula, papryka) dodałam garść rodzynek. wprowadziłam też surówkę do jadłospisu, co nie tylko urozmaiciło moje menu, ale i rozweseliło.
od dzisiaj Pani I. towarzyszy mi w diecie. ona wyznaczyła sobie odmienny cel - utrata wagi. dla mnie to efekt uboczny niemile widziany.
umówiłam się z rehabilitantką, która zajmie się jutro moim bolącym ramieniem.
ćwiczyłam jogę z kolegami w pracy (wersja przy biurku).
malowanie sypialni w większej części zostało skończone, i choć kolor okazał się nie być taki jaki wybierałam (za mało w nim różu, a niektórzy mówią, że jest identyczny z poprzednim, lecz moim zdaniem się mylą), to co najważniejsze to będę dzisiaj spać we własnym łóżku.
kolejna radość, że w moim domu nie ma karaluchów, a w innych, bajecznie położonych na południu Europy są i walka z nimi do łatwych nie należy (mówią mała rzecz a cieszy, ale to chyba jest niemała).
podpisuję nową umowę z operatorem i kupuję smartfona dla Młodego. jego radość, która mnie cieszy najbardziej.
razem zjadłam: sześć jabłek, pół pomarańczy, 125 g borówek amerykańskich, kilka listków sałaty, trzy pomidory malinowe, dwie gałązki selera naciowego, dwa ogórki gruntowe, trzy ogórki małosolne, sześć długich marchewek, trzy papryki żółte, dwie cebule, i rodzynki. wszystko w postaci: szejku, zupy i surówki.