czwartek, 22 października 2015

narzeczona

Jeśli oczekuje się śmierci jako narzeczonej, to przyjdzie jako narzeczona.
Świetlana Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy


Wielkie współczucie dla żołnierzy radzieckich, którzy walczyli w Afganistanie. Ogromny żal z powodu ofiar tej wojny. Na wojnie nie ma zwycięzców. To prawda, która przebija z każdej linijki tej książki. 

Aleksijewicz wsłuchuje się w relacje żołnierzy i ich bliskich jak terapeuta i spowiednik. Otwiera pełne zrozumienia i litości serce, a oni swoje dusze. Jej pisanie ma moc oczyszczającą. Przypomina mi się myśl sformułowana  przez Karen Blixen Można znieść wszystkie smutki jeśli się je opisze (cytuję z pamięci), i ona zdaje się przyświecać białoruskiej pisarce w pracy. Można znieść wszelki ból i rozpacz, byle zostały opisane, byle pozostał ślad o tych zdarzeniach. Cierpienia nie znikają bez śladu, nawet jeśli giną ci, którzy je spowodowali, i ci, którzy wycierpieli bezpośrednio. Cierpienie ofiar zatacza kręgi i wraca. Jest stale obecne wokół nas. Nigdy nie znika bezpowrotnie.

Największymi ofiarami są żołnierze radzieccy, tzw. internacjonalistyczni. Specjaliści od zabijania. Dopiero po wojnie zrozumieli, że zostali wykorzystani, że są wspólnikami zbrodni. Ciężko żyć z takimi myślami. Aż pół miliona żołnierzy radzieckich zostało wysłanych do Afganistanu. Wielu zginęło (oficjalne statystyki podają, że 16 tysięcy osób), wielu zostało trwale okaleczonych.

Najbardziej bolą relacje matek, którym wojna zabrała synów. Nie potrafię ich czytać. Czuję tę matczyną rozpacz aż do trzewi. Sama jestem matką i nie wyobrażam sobie jak to jest stracić dziecko, jedynego syna na wojnie. Ukochane dziecko. Wszystko boli, cały świat się załamuje.

Polskie media przypięły Aleksijewicz etykietkę reportażystki, od czego ona się odżegnuje. Swoich utworów nie nazywa reportażami (prasowymi), lecz pamiętnikami, dziennikiem. Jej ambicją jest pisać  jak Ryszard Kapuściński, którego uważa za wybitnego przedstawiciela gatunku. Niemniej nie jest to jednak literatura na miarę Kapuścińskiego, przynajmniej nie ta książka.