niedziela, 29 listopada 2015
black
Weekend upłynął mi na zakupach. Przypadkowo dostrzeżony na szybie sklepu napis black friday i zaznaczona wielkość rabatu, sprawił, że dwa kolejne dni wypełniła mi gonitwa w poszukiwaniu podkoszulków, swetrów, spódniczek, butów zimowych i balerin na studniówkę. Odebrałam zamówioną przez internetowy sklep sukienkę, z rozkloszowanymi rękawami dla Młodej. Wygląda poetycko (koronka z tyłu sięga aż za linię pasa). W tym samym elektronicznym sklepie, wybieramy buty – w oko wpadają mi czarne ze sznurowadłami na sześciocentymetrowym obcasie z krzywego klocka, i 1,5 centymetrowe z wąskimi paseczkami. Te wyższe znikają ze sklepu nim zdążymy się zdecydować, zamawiamy więc te niziutkie.
W ulubionej księgarni nad espresso con panna, czytam książki, których nigdy nie kupię. Co chwila odrywam się od tekstu, i wsłuchuję w toczącą się przy sąsiednim stoliku rozmowę ojca z synem. Niepełnosprawny malec cierpi na porażenie kończyn i z trudem utrzymuje główkę. Ojciec trzyma go na kolanach, podaje herbatę przez plastikową słomkę. Opowieść o przygodach Kubusia Puchatka przeplata rozmowa pełna wspomnień o matce (mama takie śmieszne rzeczy wymyślała), a także wydarzeń dnia, w którym rehabilitacja jest stałym punktem (dlatego musimy się śpieszyć). Wspólnie podjęta decyzja o zakupie książki (żeby Mikołaj nie musiał szukać po sklepach, to my mu pomożemy) też wymaga omówienia. Za ile złotów? - pyta młody czytelnik ciekawy jej ceny.