poniedziałek, 30 listopada 2015

wersja



W andrzejkowe popołudnie zajadam się papieskimi kremówkami przy rodzinnym stole.
Wieczorem kino, na widowni, więcej Włochów niż Polaków, film dokumentalny o Włochach z wielkiego miasta, którzy przyjechali do Polski za głosem serca albo w poszukiwaniu perspektyw i prostoty. Znaleźli nowy dom, do bel paese nie chcą wracać, boli ich, że dawna ojczyzna nie dba o nich, a także, że nie jest to ten potężny kraj, jakim był kiedyś (przy okazji ciekawostka – więcej Włochów opuszcza kraj niż przyjeżdża do niego emigrantów). Tego czego im w Polsce brakuje to: neapolitańskiej pizzy, zapachów średniowiecznego miasta, w którym się wychowali i znali od dzieciństwa, baru pod domem, takiego w którym można spędzać czas od rana do późnej nocy, i spotykać się z przyjaciółmi. Na szczęście jest strona na twarzoksiążce, umożliwiająca kontakt in italiano, dzięki której stworzyli małą społeczność, spędzają razem czas, bo tak całkiem bez ziomków, to żyć się nie da, jeden 5-6 miesięcy tak żył, i wspomina to jako najgorszy czas w życiu. Po dokumencie projekcja filmu La vita e bella, który widziałam naście lat temu i mam na dvd, ale nigdy przenigdy nie chciałam po raz drugi oglądać, bo ten pierwszy przeżyłam mocno, dla wyjaśnienia dodam, że poszłam do kina na komedię, a to przecież dramat przez duże d. Pan W. zostaje, więc i ja daję się ponieść początkowym idyllicznym obrazom, z nadzieją, że zobaczę dzisiaj inne zakończenie, że bohater grany przez Roberto Benigniego przeżyje, jakimś cudownym zdarzeniem losu, dziś przedstawiona wersja będzie bez tej jednej drastycznej sceny zmieniającej ten film w klasyczną tragedię, tylko dla mnie nakręconą.