sobota, 23 stycznia 2016

delta



przeczytałam prawie cały tomik Świetlickiego, poety z Krakowa urodzonego w wigilię.
kolejnego poety z Krakowa.
jedenasty tomik, pięćdziesiąt pięć wierszy.

czuję się jak pijana, dosłownie pijana.
coś w tych wierszach jest.
nie są to wiersze człowieka oświeconego,
ale zwyczajnego dojrzałego mężczyzny,
który żyje już ponad pięćdziesiąt lat
i mądrzeje z wiekiem.
nie mędrkuje.

czuję się jakby pijana po tych wierszach,
a wypiłam przecież tylko sok pomarańczowy.

swobodnie dobiera słowa.
słowa są takie jakie mają być, nie żadne inne.
i idą sobie te słowa jedno za drugim i układają się w taką myśl,
że kiedy czytam liryki czuję miłość,
i kiedy czytam o stosunku do własnej twórczości czuję zwątpienie.

Po raz kolejny ktoś mi mówi, że nie rozumiem swoich wierszy.
Najpierw byłem za młody, żeby je rozumieć.
Teraz jestem za stary, by pojąć ich głębię.
Lepiej się zamknij i pisz.
Wzrusz mnie, bądź moim sumieniem.
Przywal im ode mnie.
Tak mówią.


przy stoliku obok starsza pani w okularach zachwyca się
książką Beaty Pawlikowskiej.
już ją przewertowałam, bo lubię Pawlikowską
i każdą jej nową książkę muszę choćby dotknąć.
- świetna książka - mówi do męża, zatopionego w opasłym tomisku,
- a co w niej świetnego? - pyta z udawanym zaciekawieniem staruszek, którego
laska leży przerzucona na sofie między nami.
- zupełnie inne spojrzenie na życie - wzdycha z uśmiechem ona.