piątek, 19 lutego 2016
kamera
Na pożegnalnym przyjęciu Pani M. (która definitywnie zdecydowała się na życie w Bolonii u boku ukochanego, najdoskonalsze cappuccino na świecie na śniadanie i weekendy w sycylijskich skałach) poczułam się jakbym była w ukrytej kamerze.
W pewnej chwili do mojego stolika przysiadł się pewien brodaty jogin kładąc nonszalancko przede mną dwie książki. Obie były autorstwa Pana A., z którym dawno temu byłam w romantycznym związku. Jedną z książek znałam, drugą nie. Przez moment miałam wrażenie, że Autor zaraz wynurzy się zza schodów. Druga myśl: musiałam znaleźć się w ukrytej kamerze i ktoś podpatruje jak próbuję wybrnąć z tej zaskakującej dla mnie sytuacji. To nie przypadek, że na terenie obiektu znajdowała się ścianka wspinaczkowa.
Niezauważenie, przewertowałam obie. W jednej, znalazłam autograf z datą. Jak się później okazało, tę ostatnią pozycję wydał trzy lata temu, o czym wiedziały aż trzy z obecnych tam osób. Lecz nie ja.