piątek, 3 czerwca 2016
zakonnica
Przeczytałam wspomnienia byłej zakonnicy Veroniki Peters Co się mieści w dwóch walizkach, która spędziła w klasztorze benedyktyńskim 11 lat. Wstąpiła do klasztoru w poszukiwaniu sensu życia i duchowej przemiany. Pośród obrzędów religijnych, w czasie trudnego procesu towarzyszącego nowicjuszkom na drodze do stania się pełnoprawną zakonnicą, autorka odkrywa pewną pustkę, której nie sposób wypełnić pracą, nauką ani modlitwą. Mimo realizowanej reguły zakonu ustalonej przez założyciela św. Benedykta ora et labora módl się i pracuj. Dlatego w końcu opuszcza klasztor, i podążając za głosem serca rozpoczyna świeckie życie.
Nigdy nie chciałam być zakonnicą. W dzieciństwie bałam się myśli, że mogłabym zostać wybrana przez boga i spędzić całe życie zamknięta w klasztorze. Najbardziej smutne wydawało mi noszenie kornetu (sztywnego czepca) i czarnego jak rozpacz habitu, bo nie znosiłam tego koloru. Działał na mnie depresyjnie. Do teraz jeśli zdarza mi się mieć coś czarnego na sobie to są to tylko buty i torebki. Nie godziłam się też na jawną dyskryminację płci żeńskiej w kościele katolickim, która kobiety stawia gdzieś poza nawiasem - poza ołtarzem, mszą świętą, synodem.
Jako małe dziecko z wielką żarliwością modliłam się, aby nie poczuć powołania. Była to jedna z tych próśb, która została wysłuchana. Choć może nie do końca. Fakt, że nie znalazłam się w klasztorze chrześcijańskim, nie oznacza, że nie myślę o zamknięciu w klasztorze buddyjskim na jakiś czas. Zazdroszczę osobom, które zdecydowały się na taki krok. Jak np. Leonard Cohen, który spędził w klasztorze zen wiele lat będąc już dojrzałym człowiekiem.
Dobrze byłoby gdyby wyznający religię chrześcijańską Europejczycy, też mieli możliwość czasowego udania się do klasztoru kontemplacyjnego w celu pogłębienia swojej duchowej praktyki oraz przestrzegania zasad stałości i ubóstwa. Na tydzień, miesiąc, rok albo na resztę życia.