środa, 7 grudnia 2016

torebki


Kolejny wyjątkowy dzień, pełen obdarowywania i przyjmowania. Grudzień jest wspaniały pod tym względem (pod każdym innym też!). W moim domu to ja, od lat, jestem Mikołajką, która kupuje prezenty, pakuje w ozdobny papier i podrzuca niezauważenie w środku nocy pod łóżka domowników.

Pierwszy raz próbowałam podłożyć kolorowe torebki z upominkami koło północy. Zakładając, że Młody śpi, weszłam do pokoju kontrolnie łypiąc w jego stronę. Z nieruchomo zagrzebanej w pościeli twarzy, nagle błysnęło do mnie groźnie wielkie białe oko. Wydawało się być samoistnym bytem, który czeka, żeby rozprawić się ze mną pod osłoną zimnej nocy. Po chwili, która trwała całą wieczność, powieka opadła, a ja pośpiesznie wycofałam się z pokoju na palcach, ukrywając za sobą tekturową torebkę. Poczułam się zdemaskowana. Drugie podejście zrobiłam dużo później. W zabałaganionym pokoju z trudem znalazłam miejsce na postawienie prezentów. Skrzypiące drzwi znowu obudziły Młodego. Gdy wyszłam sprawdził godzinę. Była czwarta osiemnaście.

Prawie spóźniłabym się do pracy przez tę mikołajkową misję. Budzik dzwonił, ja spałam. Budzik dzwonił, a ja powtarzałam przez sen mantrę – Właśnie zaczął się nowy cudowny dzień!

Do pracy biegnę z przewieszoną przez ramię nową błękitną torebką (uwielbiam jej kolor, to mój kawałek nieba i morza na szare dni). Z biura wysyłam whatsupem Młodej wiadomość – Mikołaj przyszedł do Ciebie dziś w nocy.