czytam Włóczęgów Dharmy Jacka Kerouaca
i zachwycam się jego pisaniem.
pisarz jest mi szczególnie bliski przez swoje pragnienie
osiągnięcia oświecenia i fascynację buddyzmem.
Siadam ze skrzyżowanymi nogami
i wymieniam imiona wszystkich moich przyjaciół,
krewnych i wrogów, starając się nie wyrażać gniewu,
wdzięczności czy jakiegokolwiek innego uczucia.
Wypowiadam wówczas taką mniej więcej formułę:
„Japhy Ryder, jednako obojętny, jednako kochany,
niech jednako stanie się buddą”,
a potem wymieniam dalej:
„David O. Selznick, jednako obojętny, jednako kochany,
niech jednako stanie się buddą”.
Podałem tylko przykład,
bo nigdy nie wymieniłem nazwiska Davida O. Selznicka,
a wymieniam jedynie imiona ludzi, których znam.
A to z prostej przyczyny, że wypowiadając słowa:
„Niech jednako stanie się buddą”,
staram się przywołać w pamięci ich twarze, oczy,
tak jak ty, kiedy myślisz o Morleyu,
od razu przypominasz sobie jego niebieskie oczy za szkłami okularów.
„Niech jednako stanie się buddą” - powtarzasz,
myśląc o jego oczach, i istotnie dostrzegasz tajemnicę pogody
i prawdy jego drogi do oświecenia.
A potem myślisz o oczach twego wroga i kontynuujesz sentencję: „
Niech jednako...” - To wspaniałe, Ray! -
Japhy otworzył swój notatnik i zapisał moją modlitwę,
potrząsając z podziwu głową.
