środa, 11 czerwca 2014

czym


czym byłoby lato bez pomidorów, moje lato witariańskie, z założenia stuprocentowe, bez tej żywej czerwieni i miękkiej skórki, która w zależności od sprawności i nastroju wielbicielki może być sałatką, wsadem do kanapki, sokiem albo zupą, gęstym gazpacho z dodatkiem cebuli, czosnku, oliwy, papryki i ogórków, sztandarowym daniem della casa, czym byłoby lato bez surowego kalafiora, wymieszanego z kiszonymi i świeżymi ogórkami oraz przesadnie dużą ilością drobno siekanej natki pietruszki, który pod tą postacią z plastikowych pudełek o kolorowych wieczkach zjadam systematycznie przez cały dzień, czym byłaby biurowa dniówka w korpo bez młodych marchewek, kilograma pomarańczowych korzonków, jędrnych i chrupiących, które gryzę niczym królik bez opamiętania, co stanowi rekompensatę przedłużającego się okresu niedostatku jabłek, czym byłaby ta najgorętsza pora roku bez truskawek, jednych z najdoskonalszych owoców, które pochłaniam w ilościach, o których nie wypada nawet mówić, a koniec spożycia następuje wyłącznie z konieczności, w reakcji na boleści brzucha, wtedy żałuję, że człowieczy żołądek nie ma nieograniczonej pojemności, czym byłby letni wieczór bez zapachu czereśni i moreli, które stoją przede mną w dużej białej misce i są dla mnie absolutnie najsłodszą nagrodą. czym.