poniedziałek, 30 czerwca 2014
tropik
deszcz pada intensywnie jak w porze deszczowej, do biura docieram z mokrymi stopami, przed zmoknięciem nie chroni mnie gruba warstwa sztywnego płótna, z której wykonane są buty ani złamany parasol trzymany w jednej ręce i przytrzymywany drugą, zachowaniu równowagi w marszu służą dyndające na moich ramionach, czarna torebka na długim pasku i lniana torba ze znakiem pacyfy, z małym co nie co w środku, na drugim. na chodnikowych płytach prężą się brązowe tłuste ślimaki bez skorup, które staram się omijać. od wczoraj Pani A. biwakuje pod namiotem w wysokich górach, myślę o niej i odganiam cumulusy i nimbostratusy znad strzelistych wierzchołków skał. przypominam też sobie nasze kilkutygodniowe wyjazdy pod namiot w miejsce z, którego słyszałam szum bałtyku przez kilometrowy las. polskie morze końcem czerwca i początkiem lipca zawsze było tak nieprzyjaźnie zimne jak dotyk przemarzniętego kochanka, o kąpielach nie było mowy, samo zamoczenie nóg było aktem niepospolitej odwagi, a jeszcze gdy padał deszcz a padał nieomal codziennie, ten ciepły letni deszcz, który nigdy nie wysycha. dorodne żaby wskakiwały do namiotu, i pod naszymi sypialniami lęgły się kijanki. największe burze spędzaliśmy w aucie, które odgrywało rolę łodzi podwodnej albo ratunkowej i włóczyliśmy się nim po okolicy od smażalni ryb po budki z goframi. czasami po prostu przeczekiwaliśmy niepogodę czytając książki, czytaliśmy wtedy bardzo dużo na głos małym wówczas dzieciom. co ciekawe Najmłodsi nigdy nie zauważali mankamentów pogody. dla nich każdy dzień był doskonały.