czwartek, 24 lipca 2014
meduzy
Deszcz otwiera uszy śpiącemu,
deszcz otwiera cienie idącemu,
deszcz otwiera słuch, ścieżkę do wewnątrz.
Deszcz otwiera powolne latarnie i przyciemnione myśli,
kruche powłoki ze szkła, powietrzne dzwonki,
nieruchome latarnie i ich deszczowe piosenki
chlip chlap chlup.
Deszcz otwiera okapy śmiechowi, rynsztoki
muzyce, melodie żwawym preludiom
otwiera cień i wiatr, żeby sunęły lekko,
wietrzny cień, żeby sunął z wiatrem.
Deszcz otwiera parasol jak rozkołysany kwiat, jak skrzydło
lub suknię, budzi zapomniany rytm,
łódkę z papieru, żagle meduzy,
gorliwe okręty.
Eeva-Liisa Manner, w tłumaczeniu Łukasza Sommera
poranny deszcz przeniósł mnie z miasta w gniewną puszczę
otworzył szeroko parasol na tryskające z nieba słupy wody
rozbił ulice w szklane strumienie
nogi i rzęsy ochlapane błotem
łódki z papieru i plastikowe meduzy płynęły tym samym nurtem
rano w domu zjadłam kiść winogron i wypijam zielonego szejka składającego się z
3 bananów, 2 brzoskwiń i liści sałaty.
do pracy wzięłam ten sam szejk w pojemniku.
w biurze zjadłam: 2 banany, 3 brzoskwinie, kilogram śliwek mirabelek i około 20-30 pistacji.
o czwartej - przekąska: 50 gramów moreli suszonych.
piłam wodę z cytryną, yerbę i zieloną herbatę.
w domu wieczorem około siódmej: jedna gotowana kukurydza i dwie miseczki risotta porowego.
rzadko odczuwałam głód, bo w pracy prawie cały czas jadłam albo pogryzałam.
nie bolała mnie głowa i nie jestem śpiąca.
nie wiem ile zjadłam kalorii i czy posiłki miały zachowaną proporcję 80/10/10.
nigdy nie byłam ortodoksem, więc nie zamierzam mierzyć parametrów pokarmów suwmiarką.