środa, 13 sierpnia 2014
trampolina
tak to już jest z niektórymi prezentami: marzysz o jakiejś rzeczy, nieomal o niej śnisz, rozczytujesz w internecie, wyszukujesz miejsca, w których można ją kupić, zaglądasz do sklepu niby przypadkiem, ale głównie po to, żeby sprawdzić, wybrać, przetestować, z czasem bliscy orientują się co cię uszczęśliwi, znają model i cenę, i decydują o zakupie, a w kulminacyjnym momencie upatrzony towar znika ze sklepu. sprzedawca spoglądając w monitor beznamiętnym głosem ogłasza, że jest dostępny we wszystkich oddziałach w Polsce, ale nie w tym, w którym właśnie jesteś i który jest najbliżej, proponuje zamówienie, na co się przystaje. dostarczony bywa już po kilku dniach, co nie jest wcale powodem do radości, bo nie można go odebrać, trudności się piętrzą, albo mąż się rozchoruje, albo wyjedzie na delegację, a dzieci autobusem nie dowiozą, i tak oto mija dzień imienin, a zamiast prezentu otrzymujesz obietnicę.
jednak w końcu przychodzi taki dzień kiedy obietnica zostaje spełniona i przed tobą staje karton o gigantycznych rozmiarach, który w ogóle nie kojarzy ci się z wybranym przez ciebie prezentem. taka duża niespodzianka, do której dołączono instrukcję z ostrzeżeniem, napisanym drobnym druczkiem, że przed użyciem należy skontaktować się z lekarzem, zwłaszcza gdy ma się więcej niż 35 lat. zdecydowałam nie konsultować się z lekarzem, bo jedyny lekarz jakiego znam i któremu odważyłabym się przekazać tę nowinę, przebywa teraz na rodzinnych wakacjach w Szwecji. no, ale nie mam więcej czasu na pisanie, bo skaczę.