sobota, 22 listopada 2014
maraton
rano pośpieszne zakupy (chałki na szabas, dwa chleby, szklarniowe pomidory, dojrzałe jabłka, tanie w tym roku dzięki politycznym zmaganiom), śniadanie nad gazetą na wysokich obcasach, chwytanie chwili i smakowanie bardzo dobrej herbaty, pakowanie torby na jogę, przedmioty te same co zawsze, plus wór owoców dla mnie i wór owoców dla Młodej, do zjedzenia w tak zwanym międzyczasie, i w drogę, 1,5 godziny sobotniej jogi, rozszerzone o dwie godziny dodatkowych zajęć z pogranicza jogi i pilatesu, z tą samą instruktorką lecz w zupełnie innym miejscu, gdzie sala do ćwiczeń góruje nad ściankami wspinaczkowymi, zawieszona tak, że przez duże okna można podziwiać wspinaczy. wrażenie zrobiła na mnie podłoga w kolorze wiosennej trawy, przestrzeń, ciepłe jasne kolory i młody mężczyzna w recepcji, który obsługiwał interesantów siedząc na piłce do ćwiczeń. w psie z głową w dół obserwowałam wspinającą się samotnie dziewczynę, choć najwięcej asan wykonywałam z zamkniętymi oczami. w domu po zupie burakowej (to nie to samo co barszcz twierdzi Pan W.) taniec derwiszów. Pan T., 74, wyjawił nam, że też ćwiczy rytuały tybetańskie, i odstawił dziesięć obrotów, a ja trzynaście. jutro jak na maraton przystało znowu joga. miał być wykład z ajurwedy, ale organizatorzy piszą i trzykrotnie przypominają, żeby wziąć luźny strój, grube skarpety i maty.
gdy zaczęłam pisać posta, zadzwoniła Młoda. płacząc nieomal wyznała, że nie wypaliła jej baza do kręcenia filmu i ostatnie sceny musi filmować u nas w salonie.