czwartek, 5 marca 2015

banany



W poniedziałek cały dzień na wykładzie o zdrowym odżywianiu. Zmysłowa niczym Nigella dietetyczka przekonywała nas do pięciu posiłków dziennie i stałego odkwaszania organizmu jako sposobu na zabezpieczenie przed rakiem. Na specjalnym urządzeniu, oprócz wagi, można było poznać ilość wody, mięśni, kości, a także wiek metaboliczny oraz wskaźniki: podstawowej przemiany materii i trzewnej tkanki tłuszczowej. Największą sensację budzili oczywiście ci odmłodzeni przez maszynę (też ja) albo mocno postarzali, którzy mogliby już dziś przejść na emeryturę (otyli panowie). Od środy pijemy wodę z octem jabłkowym (całe piętro), a od dzisiaj po jednej łyżce oleju lnianego, jak w sanatorium dla dzieci, gdzie każdy musi wypić równą porcję tranu. Tak śmiesznie to jeszcze w korpo nie było, odkąd pracuję w pokoju wieloosobowym. Wszędzie trwają dyskusje o dietach i sposobach zachowania lub odzyskania zdrowia. Prym wiodą ci, co sami kiszą buraki, pieką chleb na zakwasie i własnoręcznie przygotowują ocet jabłkowy. Wszystkie zalecenia dietetyczki przegryzam słodziutkimi bananami ze sklepu ekologicznego i nie mogę przestać zachwycać się ich smakiem. Tak cudownie się czuję, że przyszedł mi na myśl wiersz Jarosława Iwaszkiewicza (Architektura).

A przez podłużne okno z boków i na przodzie
Na niebie widać będzie uśmiech dnia różany.
I gdy przepłyną rzeką wschodnich mędrców łodzie,
Pachnieć będą melony, jabłka i banany.


aby i u Was pachniało dojrzałymi owocami: melonami, jabłkami, mandarynkami i bananami. aby na niebie było widać uśmiech dnia różany.