czwartek, 23 lipca 2015
lawenda
Pani L. (dobra dusza na piętrze) częstuje mnie winogronami. Pochłaniam je łapczywie, jakby to były moje pierwsze i ostatnie winogrona w życiu, taka jestem spragniona. Podnosząc owoce do ust, raz po raz czuję ból prawego przedramienia, ręka boli mnie od kilku dni. Myślałam, że przeforsowałam ją na jodze (dlaczego tylko jedna ręka, skoro haturanga dandasana dalej mi nie wychodzi, w dodatku ćwiczę tylko dwa razy w tygodniu, i nie są to zbyt intensywne ćwiczenia). Ale po kwadransie wycierania kuchennych szafek magiczną gąbeczką, wiem skąd wziął się ten ból, to efekt kolejnego dnia poświęconego na sprzątanie i wykonywania jednostajnego ruchu góra-dół.
Piszę scenariusz filmu reklamowego. Czy ja mogę narzekać na swoją pracę, nie, dopóki robię takie rzeczy nie mogę, nie powinnam. Klima sączy cichutko swoją jednostajną pieśń, biurko przystrojone widokówkami z pracami Cerise Doucede, oraz Jaume Plensy (w którym od biennale w Wenecji jestem zakochana), dodaje mi oddechu. Ekran komputera dalej kusi lawendą (zmieniam jeszcze kolory notatek na pulpicie, żeby pasowały do pachnących pól).
W domu do mikstury czyszczącej, którą wzorem perfekcyjnej pani domu przygotowuję w rozpylaczu (w proporcjach na oko - dużo wody mało octu) dolewam olejku lawendowego. Dziesięć kropli dodanych do buteleczki sprawia, że w czasie mycia szyb biblioteczki unosi się wokół mnie magiczny zapach francuskiego lata i już nie myślę o sprzątaniu, raczej o tym czy ta wonność utrzyma się i przeniknie do książek, czy pozwoli mi cieszyć się sobą dłużej i podczas czytania.