poniedziałek, 13 lipca 2015
Timbuktu
Nie włączam domowego komputera w poniedziałek i czwartek. Od dwóch tygodni. Odzwyczajam się od serfowania. W te dni nie piszę postów, nie przeglądam ulubionych stron, nie czytam blogów. Z przyzwyczajenia jeszcze włączam wifi w strefach dostępu i ściągam aktualizacje najświeższych wiadomości i pocztę na telefon.
Minęły dopiero dwa tygodnie, ale już czuję, że tworzy się nowa przestrzeń. Moja własna. Naznaczona rozłąką z cyberprzestrzenią. Wolność. Od błękitnych ekranów i czarnych klawiatur. Od gugla i chroma, od enter i dilejt.
Tak mi się marzy (to wpływ filmu Timbuktu) istnieć z dala od wszelkiej pracy i obowiązków, od nakazów i zakazów, od bycia podwładnym po bycie obywatelem. Od stroju dress code do farbowanych włosów, od dzwoniącego rano budzika po lunch w pojemniku, od szumu drukarki po dźwięk tankowania. Być dalej. Żyć pełniej. Doświadczać istnienia poza instytucją i ustalonymi granicami. Być pielgrzymem i podróżnikiem, mniszką i wagabundą, być Adamem i Ewą. Oddać się szczęściu i celebrować chwilę aż do kresu dnia. Częściej. Więcej. Dalej.