czwartek, 9 kwietnia 2020

izolacja


kwarantanna to najlepszy czas mojego życia

John, mój nauczyciel angielskiego


izolację przyjmuję trochę jak odosobnienie medytacyjne.
a że na wielu już byłam, więc wszystko wydaje się łatwiejsze.

bez pracy, w domu, niewielki spacerniak (dotychczas parczek nieopodal,
a po jego zamknięciu, hałdy i nieużytki - ściernisko niczym z piosenki Golców)
i codzienne jednorazowe wyjście, a to po maseczki ochronne do krawcowej,
a to żeby obserwować wiosnę.

ulica przy której mieszkam jest zaskakująco cicha.
jak w weekend.
jakby cofnęła się w czasie o dwadzieścia lat,
jakby nie było gpsów,
jakby kierowcy nie wiedzieli, że mogą skrócić sobie drogę przez naszą ulicę,
jakby zupełnie niepotrzebnie ustawiono co dziesięć metrów znaki ograniczenia
prędkości do dwudziestu kilometrów na godzinę.

rano godzina medytacji (od dwóch lat medytuję codziennie),
potem zazwyczaj godzina ćwiczeń na macie, ostatnio z aplikacją Fiton
(dla wzmocnienia mięśni tułowia, tych partii ciała, które mam najsłabsze).
śniadanie - pół litra świeżo wyciskanego soku z selera naciowego,
mój rytuał poranny od ponad pół roku,
obiad i w międzyczasie - niezmiennie owoce, najcudowniejsze pożywienie na świecie
(boże, jaka jestem Ci wdzięczna, że otworzyłeś mnie na nie!).

o szóstej medytuję po raz drugi - przez około pół godziny
(świat nie może być piękniejszy!).

około siódmej zbieramy się w salonie na wieczorne oglądanie seriali
(Młoda zamówiła bezpłatny miesiąc na popularnej platformie, więc korzystamy z całych sił).
obejrzeliśmy razem Tiger Kinga, historię handlarzy dzikimi kotami w Stanach Zjednoczonych
(gdzie jest więcej dzikich kotów w rękach prywatnych niż wolno żyjących na całym świecie),
teraz oglądamy dokument o krnąbrnych nastolatkach z Ameryki,
który mimo obscenicznego języka i nie najwyższych lotów żartów wydaje się wciągać moich Panów.