sobota, 31 maja 2014
żal
kończę książkę Terzianiego, definitywnie kończę, choć końcówkę rozciągnęłam do granic możliwości, tak jak można to zrobić z pieczoną prawdziwie włoską mozzarellą, czytając jedynie kilka stron dziennie, i zrobiło mi się żal, że nie przeczytam przed zaśnięciem już więcej jego historyjek i rozmyślań, nie zadam sobie tych pytań, które on sobie u kresu życia zadawał, ani tych które jemu zadano, np. kim jestem i czy odkryłam we śnie kto śnił, bo jeśli ty jesteś we śnie, kim jest ten, który ciebie śni, albo czym jest prawda, i że nie przeczytam tych oczywistych mądrości ubarwionych anegdotkami jak: rozwiązywanie ludzkich problemów, nie może pochodzić z rozumu, ponieważ on właśnie stanowi źródło wielu z nich, albo nie myśleć i postrzegać rzeczy takie jakie są, no i że trzeba drążyć temat, nie poprzestawać, konsekwencja jest konieczna we wszystkich poszukiwaniach kop dalej, wkopuj się w jedno miejsce coraz głębiej i głębiej. Zobaczysz prędzej czy później znajdziesz wodę.
dziękuję za tę książkę, Panie Tiziano.
piątek, 30 maja 2014
czwartek, 29 maja 2014
lubienie
lubię budzić się przed budzikiem
lubię wstawać wcześniej niż inni
lubię obserwować deszcz spod drzew
zaglądać w oczy padającym kroplom, odkrywać przyczynę wielkiej rozpaczy
lubię gonić tęczę samochodem
lubię szukać i znaleźć
lubię wiedzieć i czuć
lubię czytać napisy na podkoszulkach, nieme manifesty osobowości
lubię uderzać palcami klawiaturę komputera
z wyskakujących liter układać wiersze poematy sagi
lubię wierzyć w sny
lubię chrupać przy biurku surowe jabłka marchewki
lubię lody cytrynowe jeść jaskrawozieloną łyżeczką z plastiku
lubię kochać i żyć
środa, 28 maja 2014
samotność
Uwielbiam być sam.
Nigdy nie poznałem towarzysza, który byłby tak
towarzyski jak samotność.
Henry David Thoreau, Walden, życie w lesie
uwielbiam być sama.
deszcz nigdy nie wydawał mi się tak ciepły jak dzisiaj.
cieszyłam się, że nie wzięłam parasolki.
bez samochodu i parasola, droga do domu stała się niezależnym bytem,
każdy krok niósł odprężenie.
zatrzymałam się pod drzewem, żeby przedłużyć tę chwilę.
wtorek, 27 maja 2014
festa
uściski, bukiet żółtych róż i jedną czerwoną dostałam wczoraj od Młodych, Córka w prezencie podarowała mi jeszcze odrobinę najdroższej herbaty świata w srebrnym woreczku i mój portret narysowany ołówkiem, na którym uchwyciła chwilę kiedy siedzę na zafu przy obniżonym do 40 cm biurku i piszę notkę na bloga, sygnowany graficznym uśmiechem, z dedykacją dla najlepszej mamy jaką mam, w ten przewrotny sposób Młoda często zwraca się do swojego wielkiego Brata, najlepszy brat jakiego ma, bo jedyny, matka też jedna, to fakt, choć ma także matkę chrzestną. i to właśnie z Matką Chrzestną tę matchę piłyśmy, z filiżanek do espresso, po japońsku 抹茶, to niezwykła, najwyższej jakości zielona herbata nazywana matką wszystkich zielonych herbat, kilogram zielonego proszku kosztuje 700 złotych, produkowana z liści krzewów specjalnie ocienianych matami, które ususzone ściera się na proszek, herbata zaparzona (ten rytuał zarezerwowany jest dla Młodej, choć do pełni szczęścia brakowało stosownej miotełki z bambusa, co w pewnym stopniu zdołała zrekompensować drewniana mątewka), wyglądem przypominała jaskrawy rozrzedzony szpinak, i smakowała tajemniczo, z każdym łykiem unosiła nas ponad codzienność, ponad kuchnię i zastawiony stół, ponad zagracony zlew i od rana nierozładowaną zmywarkę, gdzieś do dalekiej Azji, do wspomnień autora Zagubionego w Chinach oraz podróży pana M. (dziękujemy raz jeszcze za wszystkie chińskie herbaty, te sprasowane i twarde jak kubańskie cygara i te w czerwonym metalowym pudełeczku, przypominające puzderko na biżuterię), przez lekcje japońskiego Młodej, bo to właśnie na pierwszej lekcji w nowej szkole uwielbiana nauczycielka poczęstowała wszystkich uczniów matchą.
poniedziałek, 26 maja 2014
pomarańcza
Statek, który osiemdziesiąt trzy lata temu przywiózł
moją matkę na Ellis Island, nazywał się „Miłosierdzie”.
Matka pamięta, że próbowała jeść nieobranego
banana i że po raz pierwszy widziała pomarańczę
w rękach młodego szkockiego marynarza,
który dał jej kawałek, wytarł jej usta
czerwoną chustą i nauczył ją słowa „pomarańcza”,
powtarzając je cierpliwie kilka razy.
Miłosierdzie Philip Levine
bilet na pociąg, który sześćdziesiąt osiem lat temu przywiózł
moją mamę, był początkowo wystawiony do Szczecina.
za namową znajomych miejsce repatriacji zamieniono na B.
nie zajęły dużego poniemieckiego mieszkania, choć mogły,
wolały pokój z kuchnią na drugim piętrze przy rynku 26.
na pierwszym świadectwie z polskiego dostała trójkę,
to dlatego że w czasie wojny uczyła się tylko litewskiego i rosyjskiego,
wyjaśnia i pokazuje elementarz w dziwnym języku,
Wilno na długo było najważniejszym miejscem na świecie.
ukończyła studium aktorskie, ale zawód aktorki nie pasował do
porządnej dziewczyny, która nigdy nie sprzeciwia się matce
i całuje ją w dłoń. wróżbita przepowiedział jej długie życie,
odręcznie pisany horoskop na liniowanym papierze trzymała wśród
osobistych szpargałów. uczulona na świeże pomidory,
zajadała się pomidorową zupą. nie wiem czy lubiła pomarańcze.
chcę wierzyć, że tak.
niedziela, 25 maja 2014
wir
wciągnęło mnie życie towarzyskie jak wir rzeki, płynę wartko z Panią A., która gości u mnie od tygodnia, wspólna joga, zakupy, odwiedziny w ulubionej księgarni, teatralny monodram, niedzielna wycieczka po Jurze, są jak powrót do przeszłości, w samochodzie słuchamy piosenek Stachury w wykonaniu Marka Gałązki, dzięki Pani A. dowiaduję się o losach szkolnych kolegów, o tych którzy odeszli, i o tym, który zmarł nagle w zeszłym roku, z klasy równoległej, z którym tańczyłam na komersie na zakończenie szkoły podstawowej, a dużo później mieszkał ulicę ode mnie, i nasze dzieci chodziły razem do gimnazjum, i grały w tym samym klubie szachowym, pamiętam jak przychodził na zebrania klasowe, nie tak dawno zabierał głos na temat szkolnego systemu oceniania, wykazując niedociągnięcia, jego żonę często spotykam rano spacerującą z psami, wita mnie bardzo ciepłym uśmiechem, nie domyślałam się niczego, śmierć przeszła tak blisko, tak niepostrzeżenie, żal mi dzieci, tych co zostają, nigdy nie dość gotowych na stratę, na zbyt wczesne odejście ukochanego rodzica, na ten niekończący się ból. zobacz jaka mgła mówi Pani A. wyglądając rano przez okno.
sobota, 24 maja 2014
cóż
Cóż jeszcze - zamyśl się nad czasem -
niech Ci przystanie na trochę -
Jak mnie przystanął -
nie pozwól się wciągać bez reszty w kółeczka tej maszynerii.
Bo Cię poharata na makaron sprzecznych uczuć.
Obchodź się łagodnie ze swoim Bogiem -
nie zamęczaj go ani prośbami, ani jakimś tam żalem.
Halina Poświatowska
piątek, 23 maja 2014
czwartek, 22 maja 2014
ośmiornica
Normalne, codzienne życie stało się dla mnie ośmiornicą o tysiącu ramion. Tiziano Terziani
normalne, codzienne życie stało się dla mnie
rogiem niekiełznanej obfitości,
łaską słońca i zbytkiem słodyczy,
poznaniem Ty i Tamten to jedno.
środa, 21 maja 2014
drzewa
śniły mi się drzewa, dużo wysokich drzew o rozłożystych koronach, szłam ulicą przez sam środek wielkiego miasta, tak jak wczoraj wieczorem z Panią A, niosąc jej ciężką torbę podróżną w drodze do mojego domu, i widziałam te same lipy srebrzyste, które zobaczyłam wczoraj po raz pierwszy, zasadzone podczas mojej nieobecności, a mnie się zdawało jakby wyrosły w czasie jednej nocy, i w moim śnie wypełniały cały centralny plac miasta, posadzone półkolami, emanowały spokojem i cieniem. dobrze było iść tą drogą.
po przebudzeniu długo zastanawiałam się czy to był naprawdę sen. czy raczej nocne wspomnienie, wyolbrzymiona projekcja tego wrażenia, które zrobiły na mnie miejskie drzewa, a może były to obrazy z przyszłości, fotografie przestrzeni ulicznej, odwiedzonej przeze mnie na wiele wcześniej nim stanie się ona taką w rzeczywistości.
wtorek, 20 maja 2014
koncert
na lekcji włoskiego opowiadałam o moim pobycie we Włoszech, gdzie byłam, co widziałam, oczywiście Weronę, Sirmione, Lazise, Salò (znane z filmu Pasoliniego Salò, czyli 120 dni Sodomy, i tu zwiedzając wystawę Luciano Doniniego, poznałam pirografię czyli technikę tworzenia obrazów wypalanych w drewnie), jak spędzałam dnie, prawie codziennie na basenie, 25 metrowym, przepływaną odległość zwiększyłam do rekordowej ilości pięćdziesięciu długości, o pogodzie, bo wróciłam bardzo opalona, a pogoda nie była idealna, ale nieomal cały czas przebywałam na dworze (l'area aperta), cudownym zrządzeniem natury padało tylko w nocy, ale widoczne z dali ośnieżone szczyty gór przypominały, że zima wcale się nie skończyła, że po drugiej stronie jeziora jeszcze trwa, a niedaleko całe stada łabędzi i kaczek, u jednej kaczej pary naliczyłam trzynaście młodych, ich wiernych miniaturek, w tym czasie inne ptaki, miejskie gołębie pospolite, wiły gniazdo pod moim balkonowym świerkiem, wiem że w domu, w którym lęgną się ptaki, panuje dobrobyt i szczęście, ale moja odpowiedź na tę bezprawną ingerencję, brzmi nie, co dosadnie wyraziłam wyrzucając koszyczek gałązek z zabrudzonej ptasimi odchodami doniczki. największe zainteresowanie i wesołość miłośniczek la lingua italiana, wywołała relacja z koncertu The Vegetable Orchestra, na którym byłam w Rovereto, urokliwym mieście oddalonym od turystycznych szlaków, członkowie wiedeńskiego zespołu grali na świeżych warzywach, które tego samego dnia za pomocą noży i wiertarek zamienili w instrumenty muzyczne, pory, bakłażany, bulwy selera, marchwi, rzepy, dynia, główki włoskiej kapusty wzmocnione aparaturą dźwiękową w rękach artystów dały popis swoich niezgłębionych możliwości wygrywając różnego typu muzykę od Strawińskiego po rocka, ubrani na czarno muzycy, ta czerń stroju kontrastowała z tęczową barwą warzyw, okładali się po rękach krojonymi bakłażanami jak kastanietami, dęli w marchewkowe flety, a po koncercie osobiście częstowali melomanów zupą warzywną, słynną włoską minestrone, mocno przyprawioną ziołami i octem, podczas gdy zużyte instrumenty w pamiątkowym geście zostały rozdane słuchaczom. wcześniej oglądałam w internecie film prezentujący możliwości warzywnych mistrzów, ale nic odda atmosfery zabawy, zaskoczenia i czystej radości, która towarzyszyła koncertowi na żywo.
poniedziałek, 19 maja 2014
powrót
Nie potrzebuję zupełnie niczego. To w porządku być bez niczego. Jedynie być żywym, tu i teraz, być żywym to wystarczy. Ozaki Hosai
wróciłam.
wypełnia mnie słodka czułość i pewność.
jestem.
nie potrzebuję niczego.
wszystko co niezbędne mam w domu.
trwa najlepsza chwila powrotu.
zgłębiam te najbardziej moje ze wszystkich domowych zapachów i dźwięków,
stąpam po miękkich klepkach podłogi.
czuję jak ugina się świat.
dotarłam tam gdzie czekają na mnie czarny chleb i czarna herbata.
rozmowy jak było, co słychać rozbrzmiewają na nowo.
piątek, 2 maja 2014
walizka
do walizki spakowałam kilka książek: Historie miłosne Schmitta, Zanim przekwitną wiśnie Aly Cha (obie pożyczone od Pani E.), Zaginionego w Chinach Maartena Troosta (od Pani K.), chce się żyć Pieprzycy (z bibliotecznej półki z nowościami), Droga do sukcesu Briana Tracy (tytuł z literatury motywującej, który Pan W. dostał od nas w imieninowym podarunku, wszystko wskazuje, że to bardzo nietrafiony prezent, a szkoda, bo ja lubię Briana Tracego), Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta Davida Mitchella (zaczęłam dawno, czeka na doczytanie), Tatami kontra krzesła Tomańskiego i Japoński wachlarz Joanny Bator (dwie pozycje o Japonii, już przeczytane przez Młodą), Dzieci naszej dzielnicy Nadżiba Mahfuza (biorę, choć to ostatnia pozycja na liście i może na nią nie starczyć mi czasu), nowy czarny czepek z białym logo speedo z nadzieją na powrót do pływania, adidasy z postanowieniem o codziennych przebieżkach, matę do jogi, najpewniejszy rytuał, i dwa tygodnie, które dał mi budda.
czwartek, 1 maja 2014
czas
Budda dał mi trochę czasu
Zrobię pranie Ozaki Hosai
budda dał mi trochę czasu
wybiorę się w podróż
budda dał mi trochę czasu
spakuję walizki
budda dał mi trochę czasu
przeczytam książkę
budda dał mi trochę czasu
zrobię zdjęcię
budda dał mi trochę czasu
usiądę w asanie
budda dał mi trochę czasu
wrócę do domu
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)